Trzeci raz w ciągu trzech lat, metalowe monstrum zwane Judas Priest, odwiedziło Polskę. Tym razem w ramach retrospektywnej trasy “Faithkeepers Tour”, której tytuł sugerował tyle rzeczy że, równie dobrze, mógł nie sugerować nic. Spekulacje fanów orbitowały w okół okrągłych rocznic płyt “Sad Wings Of Destiny” (1976) i “Turbo” (1986), choć dźwięcznie brzmiący zwrot “Faithkeepers” bardziej nakierowywał w stronę płyty “Defenders of the Faith” (1984). Jak się okazało, nazwa pozostała jedynie nazwą, bo zespół koniec końców postawił na retrospektywny zestaw typu “Best Of”. Ale od początku.
Heavy metalowa grupa wylądowała na Warszawskim Okęciu w przeddzień koncertu. We wtorkowe przedpołudnie pod hotelem w którym zamieszkiwali muzycy, zaczęły pojawiać się skromne grupki fanów i łowców autografów. Pierwszym który zaszczycił ich swoją obecnością był Richie Faulkner. Uśmiechnięty, blond włosy gitarzysta bez problemu dał się namówić na autograf i wspólne zdjęcia. Sprawiał wrażenie pełnego energii. Wraz z nim do zespołowego busa udał się koncertowy gitarzysta Andy Sneap, którego osoba nie cieszyła się jednak wielkim zainteresowaniem zgromadzonych. Dwie godziny później, z hotelowych połaci zstąpił sam “Bóg Metalu”, czyli wokalista Rob Halford, wprawiając dwudziestoosobową grupę fanów w euforię. Idol spędził z nami ok. 10 minut, podpisując płyty, książki, plakaty. Zezwolił również na wyczekiwane selfie, co dla wielu było spełnieniem najskrytszych marzeń. Chwilę po tej niebywałej audiencji, dwa czarne Mercedesy z muzykami udały się w stronę hali koncertowej.

Fot. Richie Faulkner oraz Rob Halford na swoim Harleyu.
COS Torwar to obiekt z rockowymi tradycjami – to tutaj, pierwszy w historii koncert na Polskiej ziemi dała grupa Iron Maiden – dokładnie 9 sierpnia 1984 roku. Od tamtej chwili stołeczny przybytek gościł wiele znakomitości świata ciężkich brzmień, ale… nigdy Judas Priest. Tak się osobliwie złożyło, że choć ekipa Roba Halforda wpadała do Polski stosunkowo często, jeszcze nie zajrzała do Warszawy. Aż do wtorku. Kiedy wchodzimy na płytę obiektu, w środku jest jeszcze dość luźno. Punktualnie o 19:30 swój show zaczyna support, czyli Phil Campbell’s Bastard Sons. To trzej synowie legendarnego gitarzysty Motorhead, Phila Campbella, który nieoczekiwanie zmarł 14 marca tego roku. Chłopaki postanowili kontynuować wspólne dzieło i zarazem oddać hołd swojemu tacie. W ten oto sposób, dostaliśmy naprawdę solidną, rock’n’rollową rozgrzewkę, w duchu macierzystego zespołu Phila. Nie obyło się bez klasyków z repertuaru “motorogłowych”: w secie pojawiły się min. “Born To Raise Hell”, “Going To Brazil” czy nieśmiertelne “Ace Of Spades”. Zaskoczył nowy wokalista, Julian Jenkins, którego mocny, chropowaty wokal zdecydowanie podniósł poziom wykonawczy kapeli. Z resztą, facet sroce spod ogona nie wypadł, bo dotychczas stał na czele heavy metalowej grupy Fury.
Po przerwie na zmianę wystroju sceny, swój show rozpoczęli bohaterowie wieczoru. Judas Priest tradycyjnie startują ukryci za zasłaniającą scenę płachtą. Pierwsze riffy wielkiego przeboju Priest, “You’ve Got Another Thing Coming”, błysk świateł, kotara opada (z delikatnymi problemami) i widzimy już band w całym rynsztunku. Rob Halford, Richie Faulkner, Andy Sneap, Ian Hill i Scott Travis, odziani, jak na prawdziwy heavy metalowy zespół przystało, w czarne skóry i srebrne łańcuchy, brzmią od początku bardzo solidnie. Faulkner szaleje na lewym boku sceny, Halford, wykonuje robotyczne ruchy i sprawia wrażenie niezwykle skupionego na swojej wokalnej robocie. W prawym kącie sceny basista Hill i drugi gitarzysta Sneap, raczej bardziej statyczni. Na podwyższeniu Travis, walący w bębny z techniczną precyzją. Z głośników płynie wiązanka dobrze znanych hitów: “Metal Gods” i “Breaking The Law” to klasyki z ikonicznego “British Steel”, doskonale znane publiczności. Judasi, na szczęście, sięgają też po nieco mniej znane kawałki, takie jak wspaniale dudniący “Desert Plains” czy dawno nie grany “The Ripper”, opowiadający historię Kuby Rozpruwacza. Panowie nie zapominają też o nowszych numerach: “Lightning Strike”, “Panic Attack” i “Halls of Valhalla” reprezentują trzy ostatnie albumy Judas Priest i brzmią obok evergreenów bardzo dobrze. Genialnie wypada też “Steeler”, nieco przykurzony numer z “Brytyjskiej Żylety” – solówkowy pojedynek w grande finale tego kawałka to mój osobisty highlight z koncertu. Podstawowy set kończy porywczy “Painkiller”, poprzedzony kultowym intrem perkusyjnym Scotta Travisa. Halford z trudem dźwiga wymagający, wrzaskliwy numer, ale w ogólnym rozrachunku, dowozi go w zadowalającej jakości. Bisy to już hit za hitem – zaczynamy od “Electric Eye”, po którym lider formacji dosiada Harleya-Davidsona, wjeżdżając nim na scenę. To na swoim piekielnym rumaku odśpiewuje rozpędzone “Hell Bent For Leather”, płynnie przechodzące w ostatni numer wieczoru, “Living After Midnight”. Na koniec, na ledowym ekranie za plecami muzyków wyświetla się tradycyjne hasło “The Priest Will Be Back”, które ostatnimi czasy jest sumiennie przez zespół egzekwowane. I oby tak było jak najdłużej!

Fot. Perkusista, Scott Travis w akcji.
Jaki był ten koncert? Krótko: świetny. Nagłośnienie na Torwarze dało radę, choć miałem wrażenie że bas Iana Hilla bulgotał nieco zbyt donośnie a przejściówki Travisa niepotrzebnie klekotały, ujmując jego grze dynamiki. Mógłbym też czepiać się, że Rob niekiedy szedł na łatwiznę, upraszczając niektóre partie, ale… uważam, że to bezzasadne. Nawet jeśli nie był to najlepszy koncert Priest jaki widziałem, to jest to wciąż wielki przywilej oglądać ten doskonały zespół w takiej formie. Z takim repertuarem. Z tak dużą radością z grania. Faulkner to mistrz gitary. Sneap coraz częściej dochodzi do głosu w partiach solowych. Hill dziarsko uśmiecha się do publiczności. Travis urzeka lekkością, z jaką wykonuje swoje rozbudowane partie. No i Metal God. Z wielkim poświęceniem biorący się za bary ze swoją własną legendą. Wciąż w pełni zaangażowany. Jego głos to nadal potężna maszyna. Nawet jeśli nie wszystkie screamy są odwzorowane 1:1 do oryginałów.
Po koncercie najbardziej zatwardziali fani biorą udział w pod hotelowej dogrywce. Wyraźnie wyluzowany zespół bezproblemowo wychodzi z busa do swoich wielbicieli. Rob z nieukrywanym rozczuleniem fotografuje się z 5-letnim chłopcem, który kilkadziesiąt minut temu szalał wraz z rodzicami na Torwarze. Łowcy autografów mają możliwość uzupełnienia braków z przedpołudnia: zarówno Ian jak i Scott chętnie przystają na kilka podpisów. Około pięciominutowa akcja to wspaniałe zwieńczenie pełnego emocji dnia. “Dobranoc Panowie, śpijcie dobrze!” – rzucam w stronę machających na pożegnanie muzyków. “Dzięki, Bóg z Wami” – mówi z uśmiechem znikający w wiatrołapie Halford. Audiencja u samego Boga, półtoragodzinna liturgia, potem podpisanie świętej księgi w postaci kultowego “Painkiller” a na koniec błogosławieństwo? Czy wyznawca metalu może chcieć czegoś więcej? Tak, wiem, przesadzasz Panie Puszka. Jednak, dla wielu fanów, heavy metal jest jak religia. Wybaczcie mi więc te ekstatyczne uniesienia, ale tak właśnie to czuję. I jestem pewien, że nie jestem w tym sam.

Fot. autor z muzykami Judas Priest.
Kiedy zajeżdżam radiową Toyotą pod bramy rozgłośni, przygrywa mi studyjna wersja “Riding On The Wind” z wybornego “Screaming For Vengeance”. Nad Lublinem już prawie świta. Jednak adrenalina utrzymuje się na wysokim poziomie, co jeszcze kilka chwil po powrocie do domu nie pozwala mi zasnąć. Judas Priest towarzyszy mi od 12 roku życia. To zespół który był zawsze ze mną. Ich płyty to wciąż bardzo ważna część mojej muzycznej edukacji i kolekcji, która ku uciesze domowników wciąż się rozrasta. 28 lipca 2026 przejdzie do historii. Nastolatek mieszkający we mnie najchętniej wytapetowałby teraz ściany plakatami z wizerunkami Halforda i kolegów. Ten starszy facet, który stara się jakoś owego nastolatka hamować, właśnie kończy pisać niniejszą relację. Obaj jednak są podekscytowani tak samo. Myślę, że lokatorzy, sąsiedzi i współpracownicy wchłoną w najbliższym czasie naprawdę potężny ładunek muzyki Judas Priest. I mniejsza o to, czy propozycja mistrzów z Birmingham im się podoba.
Tekst i zdjęcia: Marcin Puszka
Specjalne podziękowania dla Polskiego oddziału Live Nation za możliwość uczestniczenia w koncercie!









![Prokuratura zbada dziś pozostałości rakiety [ZDJĘCIA] 8 EAttachments96633069511944b0eea23067efda25969c3a7db xl](https://radio.lublin.pl/wp-content/uploads/2026/07/EAttachments96633069511944b0eea23067efda25969c3a7db_xl-350x250.jpg)




