Siedzę w samolocie. To niby tylko 2,5 godziny podróży na stosunkowo twardym fotelu fioletowo-niebieskiego Airbusa 320. Mam już za sobą 2,5 godziny “za kółkiem” radiowej Toyoty, w tym karkołomną przeprawę przez zakorkowane drogi dojazdowe, wyjazdowe i objazdowe z Warszawy. Bonusowo kilka dłuższych chwil na zatłoczonym terminalu lotniska w Modlinie. Wszystko to tylko po to, żeby po raz kolejny zobaczyć w akcji najlepszy, heavy metalowy, zespół świata. Iron Maiden rozpoczynają w Atenach drugą część światowej trasy “Run For Your Lives”, podczas której celebrują 50 lat swojego istnienia, odgrywając swoje największe hity a ja mam być w centrum wydarzeń. Powiedzieć że to ekscytująca perspektywa, to jakby nic nie powiedzieć.
Kiedy wysiadam na lotnisku w Atenach, jest już dobrze po północy miejscowego czasu. Mimo to, stolica Grecji wita mnie urokliwie chaotycznym gwarem – ludzie w pośpiechu łapią taksówki lub tłoczą się na autobusowym przystanku, krzyczą, głośno rozmawiają, Policjanci używają gwizdków do sterowania ruchem a lokalni przewodnicy nawołują przez megafon grupy turystów. Nie jestem sam: jeszcze podczas boardingu w Modlinie spotykam fanów z Polski, Meksyku i Peru. Goście z Ameryki Łacińskiej przeprawiali się przez pół Europy, żeby dotrzeć na grecki show. Michał z Warszawy i grupa jego kumpli zaczyna natomiast swój długi trip w pogoni za swoim ukochanym zespołem. Ten pierwszy skończy go dopiero jesienią, w odległej Yokohamie. Który to już jego koncert? “Po setnym przestałem liczyć” – śmieje się w odpowiedzi na pytanie. Wsiadamy do zatłoczonego autobusu, który przez jakąś godzinę przemierza, zdawać by się mogło, niekończące się drogi prowadzące do centrum Aten. Jesteśmy w sercu Greckiej stolicy około drugiej. Tam przybijamy sobie piątki i każdy rozchodzi się w swoją stronę. Mnie przechwytują Christos i Irida – greccy muzycy rockowi, którzy zadeklarowali chęć przygarnięcia mnie na weekend i pokazania, jak wygląda tutejszy rock’n’roll. Christosa możecie kojarzyć z wiosłowania w grupie Calyces.
Mimo późnej pory, Ateny tętnią życiem i wygląda na to, że wcale nie zamierzają kłaść się spać. Nocne souvlaki smakuje wybornie a Grecy imprezują w najlepsze. Jesteśmy w dzielnicy Syntagma, pełnej barów, knajp i sklepów, w których roi się od młodych, uśmiechniętych i przyjacielsko nastawionych ludzi. Wielu z nich ma na sobie koszulki z Eddiem, maskotką Ironów. Wiadomo, czym żyje stolica. Jutro wielki dzień!
Następnego dnia, w dotarciu na stadion pomaga mi Manthos, lider wspomnianej, prog-metalowej grupy Calyces. Jestem pod olimpijskim kompleksem OAKA na chwilę przed otwarciem bram. Zmierza ku nim cała masa osób ubranych w Maidenowe koszulki. Pod stadionem trwa totalne Maiden-party. Dwa miejskie autobusy przegubowe są przyozdobione grafikami trasy “Run For Your Lives” a wewnątrz dudni audycja radiowa, prowadzona przez dziennikarza lokalnego Metal Hammera. Robi to kolosalne wrażenie, a każdy z fanów chce mieć fotkę pod jednym z pojazdów. To w tym miejscu spotykam chłopaków z Void Droid – Harisa i Agellosa, którzy przechwytują mnie i włączają do swojej Maidenowej ekipy. Jak się okazuje, jest w niej także Thanos, gitarzysta innej greckiej formacji, Fuel Eater. Ruszamy na stadion!
Nie da się nie zauważyć, że koncert Iron Maiden na OAKA to dla Greków po prostu święto. Tłum jest wyraźnie podekscytowany a kolejki kłębią się w zasadzie przy każdym stoisku: z jedzeniem, piciem i merchem zespołu. Ten, jak zwykle, jest bardzo bogaty. Fani mają do wyboru kilka wzorów koszulek trasowych, specjalnie dedykowaną Grecji koszulkę eventową z Eddiem (który urywa łeb mitycznej Meduzie), a także worki, siatki, czapeczki, naszywki a nawet… wzory dziecięce. Zresztą, tych najmłodszych entuzjastów muzyki Maiden jest na stadionie również sporo, co oczywiście trzeba zapisać na plus, tak zespołowi jak i rodzicom.
Punktualnie o 19 swój show zaczyna inna legenda ciężkiego grania, amerykański Anthrax. Od pierwszych dźwięków otwierającego koncert “Among the Living” tłum dostaje szału. Bezlitosny, wariacki moshpit rozpoczyna zabawę na dobre. “Wąglik” rozkręca się na dobre, dziarsko pędząc przez zestaw największych swoich hitów, z obowiązkowymi “Madhouse”, “Caught In The Mosh” czy “Got The Time’ na czele. Treściwy i energiczny występ grupa kończy trybalnym “Indians”. W jednym z kilku młynów greccy fani po raz pierwszy tego wieczoru odpalają stadionową racę, która jest już niejako symbolem Ateńskich metalheads. Joey Belladonna i Scott Ian są ewidentnie podekscytowani witalnością lokalsów. Anthrax dowiózł świetny, bardzo pierwotny w swojej formule, show. Mocny, thrashowy gig, zagrany z polotem i energią. Świetne otwarcie wieczoru!
Po sprawnej przerwie technicznej, czas na Iron Maiden! Dźwięki puszczanego z taśmy przeboju grupy UFO, “Doctor, Doctor” oznajmiają, że oto zaczyna się misterium! Tłum rusza intensywnie w stronę sceny i jest gotowy na kolejne szaleństwo. Dość długie intro, złożone z “Ides of March” i introdukcji do “Murders in the Rue Morgue” (oba z albumu “Killers”) trochę się dłuży, ale kiedy Simon Dawson zaczyna swoją werblową kanonadę, stadion olimpijski jest świadkiem potężnej erupcji wulkanicznej. Przez chwilę trudno mi uwierzyć, że goście na scenie są już dobrze po sześćdziesiątce. Ich energia jest niesamowita, czego dowodem są kolejne, bardzo “ogniste” wersje “Wrathchild”, “Killers” czy “Phantom of the Opera” – klasyków z najwcześniejszych lat działalności grupy. Wyczekiwaną niespodzianką okazuje się włączenie do seta nie granego od 1988 roku numeru “Infinite Dreams”, oryginalnie wydanego na albumie “Seventh Son Of A Seventh Son”. Plotka, która krążyła w fanowskim obiegu od jakiegoś czasu, w końcu staje się prawdą, ku radości pięćdziesięciu tysięcy ludzi zgromadzonych na helleńskim stadionie. Odbiór Ironowego show ułatwia doskonałe nagłośnienie – stadion w Atenach idealnie sprawdza się jako koncertowe venue, wszystko brzmi czysto i klarownie. Można mówić o swego rodzaju komforcie, zwłaszcza w porównaniu z warszawskim “Narodowym”, który jest zmorą, tak akustyków jak i publiczności.
Pozwólcie że daruję sobie w tym miejscu szczegółowe opisy elementów produkcji – to wszystko jest niemalże bliźniaczo podobne do tego, co widziałem w Londynie i Warszawie niespełna rok temu. Inna jest natomiast żywiołowość greckiej publiczności. Grecy są w ekstazie: śpiewają wers za wersem, wrzeszczą, tańczą, podskakują. Są z muzyką Ironów niemalże zespoleni i z oddaniem reagują na każdy, nawet najmniejszy gest wodzireja w osobie frontmana, Bruce’a Dickinsona. W okolicach “2 Minutes To Midnight” ktoś z tłumu znów odpala racę, co tylko podkreśla fanatyzm lokalsów i dodaje koncertowi unikatowego sznytu. Wokalista Maiden nie reaguje na ten incydent, choć cztery lata wcześniej, ze sceny, wyraził swoje niezadowolenie, pieszczotliwie nazywając osobnika z racą “Greek C*nt” (Grecka ci…, sami wiecie co). Od tej pory powiedzonko to weszło ponoć w kanon rodzimego rock’n’rolla, czego dowodzić mogły specjalne koszulki z Greckiego fan clubu Ironów, właśnie z tym hasłem, napisanym Maidenową czcionką. Mają chłopaki poczucie humoru.
Podstawowy set, w którym znalazły się chociażby takie hity jak “Run To The Hills”, “Rime of the Ancient Mariner” czy “Hallowed Be Thy Name” kończy obowiązkowe “Iron Maiden” z pierwszego albumu. To moment w którym maskotka zespołu, Eddie, złowrogo spogląda na publiczność z zawieszonego za muzykami ekranu 3D. Efekt ten wciąż robi wrażenie! W ogóle, animacje towarzyszące każdej z piosenek wydają się być jeszcze lepsze niż na poprzedniej trasie. Nie wiem czy to kwestia przyzwyczajenia czy zespół co nieco ulepszył, ale coraz bardziej podoba mi się to nowoczesne wcielenie Iron Maiden.
Bisy przelatują wręcz błyskawicznie: rozpędzony “Aces High”, klimatyczny “Fear of the Dark” i nieco nostalgiczne “Wasted Years” to szlagiery, które śpiewa z zespołem cały stadion. Po tym ostatnim, następuje niepewność: czy to już koniec? Czy może jednak Grecja doczeka się premiery mitycznego “Alexander the Great”, utworu z “Somewhere In Time”, który mimo iż grany podczas trasy w 2023 roku, nie miał swojego momentu na macierzystej ziemi bohatera tytułowego utworu. Choć tłum z narastającym zaangażowaniem skanduje “Alexander, Alexander”, zamiast Harrisowego epika, z głośników zaczyna płynąć “Always Look On The Bright Side Of Life”, co ostatecznie obwieszcza zakończenie koncertu. Koncertu, który był wart zobaczenia i udział w którym był wielkim przeżyciem, nie tylko ze względu na doskonały show, ale także na jego magiczną atmosferę.
Czy jestem w stanie obiektywnie ocenić występ Iron Maiden? Zapewne nie, bo kocham ten zespół całą muzyczną częścią swojego serca. Niemniej nawet taki die-hard jak ja może przyznać, że Steve Harris i jego koledzy wydawali się na scenie nieco spięci. Czy powodem tego był fakt premierowego otwarcia trasy? A może ‘Arry i spółka mieli z tyłu głowy niechybnie zbliżający się spadek z Premier League ich ukochanego West Ham United? Nawet jeśli, to nadal dowieźli kawał show. Słychać było też, że “nowy” w składzie, Simon Dawson, już na dobre zaaklimatyzował się za bębnami. Co prawda to diametralnie inny perkusista od Nicko McBraina, ale jego mocny, bardzo “swojski” styl bębnienia, to coś co bardzo pasuje do Maiden.
Ze smaczków: Adrian Smith tak upodobał sobie jugosłowiańskie gitary Lado, że w sobotę używał w sumie tylko ich, rezygnując całkowicie z sygnowanych własnym nazwiskiem Jacksonów SDX. Dave Murray i Janick Gers trzymali się opcji Stratocasterowej, choć ten pierwszy wykopał ze swojej szafy dawno niewidzianego czarno-białego Fendera, parokrotnie sięgnął także po ikonicznego Les Paula. Ciekawostka: Janick w weekend nie omieszkał wybrać się na zwiedzanie oraz poszukiwania swoich ulubionych Irish Pubów. O efektach jego eskapad można było dowiedzieć się z social mediów, gdzie najwięksi Maidenowi zapaleńcy publikowali fotki z sympatycznym gitarzystą. Ma facet klasę, trzeba przyznać.
Wraz z Thanosem i Harisem przebijamy się po koncercie przez solidnie zakorkowane ulice Aten. Biorąc poprawkę na styl jazdy greków, jest to niezłe wyzwanie. Kiedy docieramy do Panormou, niemalże w każdym pubie i ogródku chłodzą się fani Maiden, intensywnie dyskutując o tym, co kilka chwil temu wydarzyło się w OAKA. Czy grecy spali tej nocy? Wątpię, bo kiedy w okolicach trzeciej nad ranem opuszczałem ateńskie ulice, metalowa brać wciąż tłumnie zapełniała okoliczne knajpy.
W pokoncertową niedzielę mam okazję chwilę pozwiedzać Ateny. Ze stacji metra Monastiraki można dostać się do tych najbardziej ikonicznych zabytków: Akropolu, biblioteki Hadriana, Forum Rzymskiego czy Agory. Jako że trwa weekend, nie ma szans żeby zobaczyć wszystko z bliska: biletów na największe atrakcje nie ma już dawno, a mimo to do wejść i kas biletowych wiją się ogromne kolejki. Spotykam się za to z Dimosem, liderem zespołu Khirki. Ten zabiera mnie na krajoznawczą wycieczkę po najbardziej rock’n’rollowych zakątkach Aten. Jak się okazuje, Monastiraki, prócz swojego bliskiego sąsiedztwa z antyczną historią Hellady, jest również bijącym sercem greckiego rocka. Prócz bogato zaopatrzonych sklepów z merchem (można tam upolować prawdziwe perły!), niezłe wrażenie robią rock puby oraz sklepy płytowe – w odległości nie więcej niż jednego kilometra, naliczyłem jakieś sześć (!) sklepów, w których można trafić na naprawdę unikatowe tytuły. Mało tego, w przyległych budynkach i kamienicach znajdują się sale prób i studia nagraniowe, w których regularnie tworzą i nagrywają w zasadzie wszystkie wspomniane w tekście zespoły. Nie dziwi więc, że grecka scena rockowa przeżywa obecnie rozkwit. Warunki zdecydowanie sprzyjają.
Moją podróż powrotną rozpoczynam około dziewiątej wieczorem. Jeszcze tylko jakieś pięćdziesiąt minut w metrze, dwie godziny na terminalu, dwie i pół godziny w samolocie i finalnie dwie godziny jazdy samochodem z lotniska Modlin do siedziby Radia Lublin. Podczas podróży, odsłuchuję polecane zespoły i tytuły, których podczas mojego pobytu w Atenach uzbierała się pokaźna ilość. To mój soundtrack, nie tylko do podróży, ale także do pisania niniejszej relacji. Greckie odkrycia mieszają się, rzecz jasna, z muzą Maiden i Anthrax. To niesamowite jak metalowe evergreeny spójnie grają z twórczością młodych, niezależnych kapel. To niechybny znak, że rock’n’roll żyje i żył będzie długo i głośno.
Do Lublina docieram około piątej rano, ale mimo potwornego zmęczenia, nie mam ochoty “Infinite Dreams”. Zamiast tego wertuję z wypiekami na twarzy telefon, spoglądając na zdjęcia dokumentujące tę niezwykłą przygodę. Kolejną, z której wiele dobra mogę włożyć do swojego osobistego bagażu wspomnień.
Za możliwość uczestniczenia w tym niezwykłym wydarzeniu kłaniam się w pas Williamowi i Lukasowi z ekipy PR Iron Maiden. Wielkie podziękowania również dla Iridy i Christosa za dach nad głową, oraz Manthosa, Harisa, Agellosa, Thanosa i Dimosa za opiekę, pomoc w logistyce i fascynujące wycieczki krajoznawcze. LONG LIVE ROCK’N’ROLL! No i oczywiście UP THE IRONS!
Tekst i foto: Marcin Puszka
PS. Grecka scena rockowa, po zobaczeniu jej niejako od kuchni, stała się dla mnie jeszcze bardziej fascynująca. Postanowiłem więc poświęcić jej nieco więcej miejsca – niebawem druga część relacji z mojego pobytu w Atenach, tym razem opowiadająca o greckim rock’n’rollu. Zaglądajcie na www Radia Lublin!
