Dziś (02.04) Wielki Czwartek rozpoczynający Triduum Paschalne. To szczególny czas przed najważniejszym świętem chrześcijan – Zmartwychwstaniem Pańskim. Wielkanoc w wyjątkowych okolicznościach spędzą w tym roku wierni z parafii Najświętszego Serca Jezusowego w Lublinie.
CZYTAJ: Lubelski kościół po pożarze. Ruszył demontaż wieży [ZDJĘCIA, WIDEO]
W Boże Narodzenie doszło do pożaru dachu świątyni. Od tego czasu budynek kościoła jest wyłączony z użytkowania, dlatego obrzędy Wielkiego Tygodnia odbywają się w tym roku z ograniczeniami. O tym, jak w najbliższych dniach będzie wyglądać liturgia, oraz o najnowszych informacjach na temat stanu kościoła z proboszczem księdzem Waldemarem Sądeckim rozmawia Magdalena Kowalska.
CZYTAJ: Pożar zniszczył świątynię. Trwa rozbiórka kościoła przy Kunickiego [ZDJĘCIA]
Poprzednie święta doświadczyły bardzo mocno parafię, to w Boże Narodzenie pojawił się ogień na dachu kościoła. Skutki tej sytuacji są odczuwalne do dziś. A wchodzimy w okres Triduum Paschalnego, stąd pytanie jak samo Triduum i święta Wielkiej Nocy będą wyglądały w tej parafii?
CZYTAJ: Płomienie na dachu. Kolejny pożar kościoła
– Oczywiście parafii nie zamykamy, chcemy kontynuować jej działalność. Natomiast rzeczywiście występują duże trudności, nie mamy kościoła, teren dookoła jest ogrodzony. Będzie pełna liturgia, czyli Wielki Czwartek, msza Wieczerzy Pańskiej, Liturgia Męki Pańskiej w Wielki Piątek, Wigilia Paschalna wieczorem w sobotę, ale pewne ograniczenia wystąpią. Nie mamy możliwości zrobienia procesji w rezurekcję, pominiemy obrzęd mandatum, czyli umycie nóg w Wielki Czwartek. Nie będziemy robić ogniska, tylko poświęcenie jakiegoś małego płomienia, poświęcenie pokarmów wielkanocnych będzie na zewnątrz budynku. To będą główne zmiany. Przygotowujemy się na to, że będzie troszkę więcej osób, dlatego przy domu parafialnym powstał namiot, właściwie zadaszenie, bo on praktycznie nie ma ścian. Chodzi tylko o to, żeby naszych parafian zabezpieczyć przed ewentualnymi opadami. Na msze chodzi mniej osób niż zwykle, bo nie mają gdzie się pomieścić. Parafianie są podzieleni – jedni w jednej sali, drudzy w drugiej, trzeci będą na zewnątrz. Przygotowaliśmy telebim, nagłośnienie, ale to wszystko jest dosyć prowizoryczne, na trudne warunki. Co da się w tych warunkach zorganizować, organizujemy, natomiast zdajemy sobie sprawę z tego, że nie będzie to tak uroczyście i wygodnie jak normalnie – opowiada ksiądz Waldemar Sądecki.
Te trudne warunki to jest stała przez ostatnie ponad trzy miesiące, czy przez ten czas jakoś się zmieniła sytuacja w parafii?
– Przez pierwsze tygodnie wiele osób przeżywało szok. Pewne osoby w ogóle nie przychodziły, troszkę się wystraszyły pożaru, trochę miały poczucie, że nie ma tutaj miejsca. Teraz przeżywaliśmy przełom w czasie rekolekcji wielkopostnych. Wtedy wiele osób było w tym miejscu po raz pierwszy od pożaru. Może wpłynęło na to, że zmieniła się pogoda, jest cieplej, więc nie ma obawy, że kiedy zabraknie miejsca w sali duszpasterskiej, trzeba będzie stać w jakimś zimnym miejscu. Powoli uczymy się także funkcjonować w tej nowej rzeczywistości. Chociażby taki drobiazg – początkowo konfesjonały były w górnej i dolnej sali, teraz wszystkie przenieśliśmy w jedno miejsce, do osobnej sali. W pełnym sensie powstała kaplica spowiedzi, gdzie jest bardziej dyskretnie, a my wiemy, ile osób czeka. To się sprawdziło w czasie rekolekcji i w Niedzielę Palmową. Widzę, że parafianie powoli odnajdują się w tych warunkach – w górnej sali lepiej widać, ale jest mniej powietrza, w dolnej jest tylko transmisja, ale jest chłodniej. Teraz doszło trzecie miejsce, pod namiotem. Każdy więc szuka swego miejsca i przychodzi troszkę więcej osób, niż to było zimą – stwierdza ksiądz Waldemar Sądecki.
Ten bolesny moment w historii kościoła został też w jakiś sposób uwidoczniony w Drodze Krzyżowej, bo powstały krzyże z boazerii, która się nie spaliła.
– W górnej sali, kiedy przyszedł Wielki Post, chcieliśmy urządzić drogę krzyżową, więc z niedopalonego drewna z dachu powstały malutkie krzyżyki, które są elementem drogi krzyżowej. To jakby jedna część historii. Jest też druga. Z tego drewna, które było na boazerii, na stropie kościoła, a które niestety teraz razem z betonem spada na posadzkę, parafianie wykonują krzyżyki. Zrobili ich już około tysiąca, różnego rozmiaru, różnego wyglądu, jak im natchnienie, talenty i narzędzia pozwalają. I te krzyżyki służą jako „cegiełki”. Już służyły w ten sposób w parafii Matki Bożej w Tomaszowie Lubelskim, Mam zaproszenie do innych parafii, więc będziemy te krzyżyki wozić jako taki nasz dar dla parafian, którzy chcą nas wesprzeć – wyjaśnia ksiądz Waldemar Sądecki.
A jeżeli chodzi o sam budynek kościoła, to jaka w tym momencie jest sytuacja?
– Nadal trwają prace rozbiórkowe. Oczywiście za nami już dawno etap zdjęcia blachy i niedopalonego deskowania. Potem był taki długi etap, który odbywał się zimą, w trudnych warunkach. Zdejmowana była wełna mineralna. Było jej dosyć dużo, strop był dobrze izolowany. Ale ona nasiąkła wodą, zamarzła. Jej zdejmowanie więc to była ciężka praca. Myślę, że w tej chwili jakieś 3/4 elementów betonowych jest już skutych. To jest praca na wysokościach, niebezpieczna, więc nie przebiega bardzo szybko. Ale mamy nadzieję, że przez taką ostrożną pracę uda się zachować ściany. Jest ciągle nadzieja, że ściany nie zostały mocno naruszone, więc czekamy cierpliwie aż firma zakończy ten etap prac. Potem będzie etap zdejmowania konstrukcji stalowej, która też jest zniszczona. W czasie pożaru powyginała się, a częściowo połamała, więc nie nadaje się do dalszego użytku w takiej formie. Po tym etapie przejdziemy do oceniania szkód w dalszych miejscach, do inwentaryzacji tego, co się zachowało. Na podstawie tego będziemy mogli wyciągnąć kilka wniosków. Po pierwsze, czy dalej coś trzeba rozbierać. Po drugie, jak daleko będą sięgały granice przebudowy kościoła, co musimy odbudować, a co jest do wykorzystania. Z tego wynikać też będzie kwota odszkodowania. No i oczywiście w przyszłości, kiedy powstanie projekt, oszacowanie kosztów odbudowy – odpowiada ksiądz Waldemar Sądecki.
Czy możemy już mówić o ramach czasowych, w których to się będzie zawierać?
– To jedno z tych pytań, które ciągle się pojawiają, ale dopóki nie będziemy wiedzieli co jest zniszczone i do rozbiórki, a co zostaje i możemy wykorzystać, każde mówienie o czasie jest bawieniem się we wróżkę. Tego staram się nie robić – stwierdza ksiądz Waldemar Sądecki.
A jeżeli chodzi o przyczynę tego, co się stało w Boże Narodzenie, czy wiadomo coś nowego?
– Na razie żadnych informacji na ten temat nie mam. Wiem, że śledztwo trwa. Są powołani biegli, specjaliści, jest cała grupa ludzi, którzy profesjonalnie zajmują się ocenianiem takich wydarzeń. Na razie żadnych informacji o tym, by się ten proces zakończył, nie mam – dodaje ksiądz Waldemar Sądecki.
MaK / opr. ToMa
Fot. Iwona Burdzanowska / archiwum
