Kiedy rozmawiałem z Adrianem Smithem przy okazji premiery “Black Light / White Noise” muzyk nie był pewny kiedy i czy w ogóle uda się zawitać z trasą promocyjną tej płyty do Polski. Liczył jednak na to, że możliwe jest dostosowanie napiętych grafików, tak aby choć krótkie tournee wchodziło w grę. Rok po naszej rozmowie siedziałem już w radiowym samochodzie obierając kurs na Warszawę, bo to właśnie ta miejscowość została wybrana na polski przystanek trasy koncertowej duetu Smith / Kotzen.
Ciepły, wczesnowiosenny dzień w stolicy zapowiadał się wybornie. Już od wczesnych godzin przedpołudniowych w okolicach klubu Progresja gromadziły się grupki fanów, którzy liczyli na łut szczęścia w postaci spotkania swoich idoli. Niecodziennie zdarza się, że członkowie wielkich zespołów rockowych grają ze swoimi side-projectami w mniejszych klubach muzycznych i są w zasadzie “na wyciągnięcie ręki”.
Adrian Smith to wieloletni gitarzysta Iron Maiden, który jako niepokorna dusza, niejednokrotnie próbował swoich sił poza zespołem. W końcu jego drogi przecięły się z Richiem Kotzenem, cenionym artystą który zdążył już solidnie zapracować na własne nazwisko. Z pozoru eklektyczny mariaż heavy metalowego specjalisty od chwytliwych riffów i jazgotliwych solówek z rockowo-grunge’owym naturszczykiem sprawdził się nad wyraz dobrze. Dowodzą tego dwa wydane albumy: debiutancki z 2021 roku oraz “Black Light / White Noise”, który ukazał się 4 lata później. To po prostu świetny, melodyjny rock, czasem o delikatnie bluesowym zabarwieniu, a czasem nawiązujący do luzackiego, amerykańskiego pop-rocka z przyjemnym, Springsteenowskim vibe. Mimo niewątpliwych walorów jakościowych, byłem ciekaw jak wielu entuzjastów będzie miał ten duet w wersji live .
W okolicy godziny 15, obaj główni bohaterowie wieczoru zatrzymali się obok grupy fanów, zapewniając że po soundchecku wpadną na pamiątkowe fotki i autografy. Wieść o takiej ewentualności rozeszła się błyskawicznie i w krótkim czasie na tyłach stołecznego klubu pojawiało się coraz więcej osób. Koniec końców obaj Panowie słowa dotrzymali, choć z uwagi na znaczny przyrost liczby chętnych, ograniczyli się do sesji autografów. Nie znam jednak nikogo, kto czuł się tym faktem rozczarowany. Zarówno Smith jak i Kotzen byli w świetnych humorach i z każdym z zainteresowanych starali zamienić się choć kilka zdań. To naprawdę godne do odnotowania, bo nie każdą gwiazdę rocka stać na taki gest.

Kiedy zameldowałem się już wewnątrz klubu, swój set zakończył już lokalny rozgrzewacz w postaci grupy Tabula Rasa. Po krótkiej przerwie technicznej zgasły światła, a z głośników rozległa się introdukcja obwieszczająca początek koncertu gwoździa programu. Zaczęli od żwawego “Life Unchained” – doskonale sprawdzającego się w roli otwieracza. Mimo kiepskiej daty koncertu (poniedziałek), Progresja była dość mocno wypełniona – wg moich informacji, odliczyło się ok 1600 osób, co należy uznać za naprawdę świetny wynik. Tłum wręcz fanatycznie reagował na kolejne utwory oraz konferansjerkę obu Panów – więcej gadał Smith, który droczył się również z fanami, od czasu do czasu podgrywając fragmenty riffów Iron Maiden. Za każdym razem kończyło się to gromkim aplauzem. Kotzen sprawiał wrażenie raczej wyluzowanego gościa, który zdawał sobie sprawę że głównym magnesem tego koncertu był jego kolega w kapeluszu. Niemniej, w tłumie miał też swoją pokaźną grupę wsparcia.
Koncert był oparty raczej na brudnym choć wysmakowanym, rockowym grzaniu – była masa świetnych riffów i cała masa rewelacyjnych solówek. To była czysta przyjemność widzieć w akcji tak świetnie uzupełniający się duet gitarzystów. Adrian grał jak zawsze: z chirurgiczną precyzją i całą masą emocji, tworząc ze swoimi gitarami jedność. Podstawowym jego orężem był zielono-biały Jackson SDX, którego czasem zamieniał na jego w pełni białego brata. Od czasu do czasu sięgał też po czarnego Les Paula, który brzmiał nieco bardziej masywnie, tłusto. Richie z kolei szalał po prawej stronie sceny ze swoim Telecasterem – a wyczyniał na nim cuda. To znacznie inny styl od Smitha – bardziej szalony, rock’n’rollowy, pełen polotu i finezji, bez chłodnych kalkulacji. Najbardziej obaj panowie odlecieli pod koniec podstawowego seta: “Running” i “Solar Fire” były totalną rozkoszą dla gitarowych nerdów, jedną wielką bitwą na najlepszą solówkę świata. Nie pytajcie mnie kto wygrał.

Brytyjsko-amerykańskiemu duetowi gitarowemu towarzyszyła brazylijska sekcja rytmiczna w postaci basistki Julii Lage i perkusisty Bruno Valverde. Julia była cichą bohaterka tego wieczoru – nie dość że wspaniałe rzeczy wygrywała na swoim basie, to jeszcze kapitalnie uzupełniała harmonie wokalne. Szczególnie w pamięć zapadły mi jej partie w “Glory Road”. Wspaniały smaczek. Valverde robił z kolei to co do niego należało – solidnie trzymały cały zespół w ryzach. Nie mogę napisać nic ponad to, bo to po prostu dobry perkusista, którego rola ogranicza się do prawidłowego odegrania danych partii. Na pewno facet ma solidnego puncha, idealnego do rockowego łomotu.
Wokalnie, rządził Smith – byłem pod wrażeniem jak mocnym głosem dysponuje gitarzysta Maiden. W macierzystym zespole popularny H ogranicza się raczej do wspierania Bruce’a Dickinsona w chórkach, natomiast tutaj dzieli wokale po równo z Kotzenem. Jego chropowaty śpiew brzmiał naprawdę świetnie. Richie natomiast, mam takie wrażenie, nie nadwyrężał się zbyt mocno jeśli chodzi o wokale. Bardziej przekonywał mnie pod tym względem z płyty, ale być może to tylko moje, nieco mylne, odczucia.
Koncert zakończył się dwoma numerami “spoza układu” – najpierw Kotzen wykonał “You Can’t Save Me” ze swojej płyty solowej “Into The Black”. W refrenie, gromko wspierała go publiczność, która doskonale znała ten numer. Prawdziwe fajerwerki odpalił jednak Adrian, który bez zbędnych kalkulacji ruszył z charakterystycznym riffem do “Wasted Years”. Fani oczywiście dostali szału i solidarnie, linijka po linijce, odśpiewali ze Smithem Maidenowy klasyk.
Tuż po zakończeniu koncertu, widać było na twarzach uczestników swego rodzaju zdziwienie, jak dobry był to koncert. Półtorej godziny solidnego, rockowego rzemiosła, obdartego z jakiejkolwiek teatralności czy pozy. 100% rock’n’rolla, esencja gitarowego grania.

Muzycy dla uczestników koncertu przygotowali jeszcze nie lada gratkę – na merchu można było zaopatrzyć się w unikatowy, limitowany siedmiocalowy singel z utworami, który oryginalnie ukazały się jako bonusy do japońskiej edycji kompaktowej “Black Light / White Noise”. Mała, winylowa płytka już w tej chwili osiąga zawrotne ceny na portalach aukcyjnych, co z marszu czyni ją kolekcjonerskim, białym krukiem. Miłym akcentem jest fakt, że koperta singla opatrzona została oryginalnymi autografami muzyków. Ci, którzy nie załapali się na przedkoncertową sesję face to face z Adrianem i Richiem, mogli chociaż w części zrekompensować sobie swą nieobecność.
Grupa fanów jeszcze długo okupowała tereny backstage stołecznego klubu, licząc że muzycy powtórzą swoją akcję sprzed koncertu. Nic takiego jednak się nie stało – biały bus zawiózł bohaterów wieczoru prosto pod ich imponujących rozmiarów nightlinera, który po północy ruszył w drogę do Berlina. Smith zlitował się jeszcze nad skromną grupą łowców autografów czającą się pod płotem parkingu – przez kratę podpisał garść winyli i udał się na zasłużony odpoczynek do autokaru.
Piękny był to poniedziałek w stolicy. Piękne jest to, że dzięki takim koncertom możemy podziwiać tuzów rockowego grania z tak bliska, w niemalże kameralnych warunkach. Piękne jest to, że owi giganci gitary, pozostają poza sceną normalnymi ludźmi, szanującymi swoich fanów, którzy często przemierzają za nimi tysiące kilometrów (prócz Polaków, na koncercie stawili się podróżnicy z Czech, Niemiec, Wielkiej Brytanii a nawet… Brazylii!). Piękne jest to, że można tego doświadczać.
Tekst i zdjęcia: Marcin Puszka
PS. Specjalne podziękowania dla Filipa Sarniaka oraz Polskiego oddziału BMG za umożliwienie uczestnictwa w tym wydarzeniu.














