Ileż to już było takich historii jak ta, którą w Małych arkanach (wyd. Mucha Comics) opisał Jeff Lemire. W książkach, komiksach i na ekranie – całe mnóstwo. Młoda kobieta wraca do mieściny, z której za dzieciaka koniecznie chciała się wyrwać; wraca poraniona przez życie, niby mądrzejsza, a jednak tak samo bezbronna, gdy przekracza próg swojego dziecięcego pokoju, z tymi samymi plakatami na ścianie i tym samym zapachem w szafie. Wraca do trudnych relacji z umierającą matką i wraca do ludzi, których myślała, że zostawia na zawsze. Wraca również do wspomnień, które wskutek sprytnego zabiegu reżysera tego komiksu nabierają całkiem realnych kształtów, a niepozorna miejscowość, gdzie głównymi problemami są: handel dopalaczami, przemoc domowa i widmo utraty pracy przez zatrudnionych w przetwórni konserw mieszkańców, zostaje naznaczona dziwnymi zdarzeniami rodem z Archiwum X. Próżno tu szukać logiki – Małe arkana to Jeff Lemire w odsłonie owszem, obyczajowej, ale mocno unurzanej w magii, konwencji snu i wszelkiego rodzaju niedopowiedzeniach, które każą natychmiast przewrócić kartkę i czytać dalej. To również Lemire, który perfekcyjnie rozumie język komiksu, wie, jak dawkować dialogi, jak rozprowadzać symbole w tle i kiedy uderzyć czytelnika niemą sceną. Jego komiksy, głównie te z pogranicza obyczaju i magii, i koniecznie rysowane przez niego, to podręcznikowe przykłady komiksów nieusypiających, dalekich od nudy, a zarazem w pełni komunikatywnych. Lemire jest też artystą o niezwykle bogatym dorobku, mającym w swojej komiksografii mnóstwo serii oraz zamkniętych albumów. Ale nawet kiedy wydaje mi się, że już Lemire’a przedawkowałem i nie dam rady choćby rzucić okiem na następną planszę jego autorstwa, to okazuje się, że gość ponownie chwyta mnie swoimi kadrami za gardło i jakimś magicznym cudem sprawia, że godzinę później jestem już po lekturze jego kolejnego komiksu. Podczas czytania pierwszego tomu serii Małe arkana zatytułowanego Głupiec czas naprawdę nie miał znaczenia.
CZYTAJ: Kruki nie są tym, czym się wydają
Trochę inaczej było w przypadku drugiego tomu Mitów kościanego Sadu (wyd. Mucha Comics), ale to Lemire nie autorski, a z twórcami towarzyszącymi – za szatę graficzną tej serii wciąż odpowiedzialny jest Andrea Sorrentino, a kolory kładzie Dave Stewart. Wydaje mi się, że rozumiem język Lemire’a zaklęty w jego rysunkach, natomiast niekoniecznie opanowałem jeszcze jego liczne współprace z rysownikami. Dziesięć tysięcy czarnych piór, bo taki tytuł nosi ten tom, to album nieco rozwleczony, możliwy do opowiedzenia na znacznie mniejszej objętości. Przepraszam, że to mówię, bo sam jestem twórcą i wiem, że artystom z wizją nie należy wypominać takich rzeczy, ale to tylko drobna uwaga, dotycząca bardziej współpracy na linii scenarzysta – rysownik. Bo ten pozorny zarzut wcale nie świadczy o tym, że to zły komiks. Tak jak pierwsza część intrygowała, zadawała pytania, tak druga przez tę rozwlekłość nieco przynudza, ale momentami – zwłaszcza w finale – daje satysfakcję i skleja się z motywami znanymi z pierwszego tomu, który opowiadał historię zupełnie innych postaci. Czarne pióra rozpoczynają się, jak Małe arkana – młoda kobieta wraca do miasteczka, w którym się wychowała. ALE Lemire wychodząc z tego samego miejsca tka swoją opowieść inaczej – ta dotyczy kumplostwa, przyjaźni na całe życie, która przestaje być na całe życie, kiedy zderza się z licealną rzeczywistością. A może nie przestaje? Dwie bohaterki tego komiksu połączyła wspólna pasja do prozy dotykającej spraw niestworzonych. Zainspirowane Lovecraftami i Diunami zaczynają pracować nad własną opowieścią, bardzo mroczną, straszną, z kruczym arcywrogiem w centrum wydarzeń, a w pewnym momencie rzeczywistość literacka i ta prawdziwa (a może tylko komiksowa?) zaczynają się przenikać. Jakże odmienny jest ten tom od pierwszego, który był kameralnym wyspiarskim horrorem z niewielką obsadą. Dziesięć tysięcy czarnych piór to horror miejski, nieco senny, angażujący wielu bohaterów i rysowany na różne sposoby – Sorrentino przez większość plansz ma wyciągnięte pazury, ale chowa je w retrospekcjach, które pokazują go od strony bardziej cukierkowej. Bardzo mnie ciekawi, jaki rozrzut będą miały historie z Kościanego Sadu – trzeci tom, Siedziba, został zapowiedziany na 2026 rok. Bardzo bym nie chciał, żeby coś wyjaśniał i zgrabnie wiązał się z poprzednimi. Niechże ta tajemnica się pogłębia, bo mimo paru westchnień, jest to solidna pozycja dla fanów komiksów grozy.
DySzcz
