Z falą internetowego hejtu przyszło zmierzyć się bibliotekarkom z gminy Rudnik w powiecie krasnostawskim. Czy czymś zawiniły? Nie. Padły ofiarą… pomyłki internautów. O tym, do czego mogą doprowadzić negatywne emocje w połączeniu z poczuciem bezkarności i anonimowości w sieci opowiada nasza reporterka, Joanna Nowicka.
Gdy Anna Antoszczak, dyrektor biblioteki w Rudniku zamieściła w sieci post z zaproszeniem na organizowane przez placówkę ferie, nie miała pojęcia, z czym przyjdzie jej się mierzyć. Wkrótce pod niewinnym przecież wpisem zaczęło lawinowo wręcz przybywać komentarzy krytykujących bibliotekę za zatrudnianie kogoś, kto znęca się nad zwierzętami. Co się okazało, komentujący rzeczywiście odnosili się do kobiety, która miała – zgodnie z doniesieniami organizacji prozwierzęcych – znęcać się nad psami, sęk w tym, że ta ma pracować w bibliotece w Rudnikach, w zupełnie innej części Polski. Rudnik – Rudniki – jedna literka, a niesprawiedliwość ogromna.
CZYTAJ: Pogodzić różne światy. Mediatorzy pomagają w rozwiązywaniu konfliktów
„Tragiczna pomyłka”
– Nagle pojawiła się fala hejtu wylana na naszą bibliotekę, na osobę, która rzekomo ma prowadzić te warsztaty – mówi Anna Antoszczak, dyrektor Gminnej Biblioteki Publicznej w Rudniku. – Dodam tutaj, że tej osoby nie znamy, to zupełnie nieznana dla nas sytuacja. Te komentarze nie były autorstwa osób z naszej gminy, tylko z całej Polski. Gdzie Rudnik, a gdzie Rudniki? Powiem szczerze, że po pierwszej informacji myślałam: o co chodzi? Zupełnie nie skojarzyłyśmy. Zaczęłyśmy później szukać o co chodzi, o jaką panią Wiolę, która została do nas przyczepiona? Słynna pani Wiola była tutaj cały czas przywoływana, że będzie traktowała te dzieci jak psy. Pytano, czy jesteśmy odpowiedzialne zatrudniając taką osobę do prowadzenia tych zajęć. Reszta nie nadaje się nawet do powiedzenia tego na antenie. O naszych zdjęciach, screenach poprzyklejanych do komentarzy, że to któraś z nas – to już przemilczę. Tragiczna pomyłka.
– Ja mogę powiedzieć, że mam poniekąd doświadczenie w zetknięciu się z hejtem – mówi Paweł Kucharczyk, wójt gminy Rudnik. – On się już pojawiał, szczególnie w ramach kampanii wyborczych, ale też nie mogę powiedzieć, że się do tego przyzwyczaiłem, bo tak nie jest. Na pewno nie ma naszej zgody na takie zachowania. Nasze panie wykonują w bibliotece bardzo pozytywną pracę, skupiają się wyłącznie na czymś, co może cieszyć i budować, więc tym bardziej było to niezasłużone dla nich, i tym bardziej szokujące i zaskakujące. A jeszcze warto wspomnieć, że ten cały hejt wylał się pod postem, który dotyczył akcji dla dzieci. O ile my dorośli jesteśmy jakoś przygotowani – chociaż to też trudno do końca powiedzieć – na tego typu działania, to z pewnością czytały to też dzieci.
– Jesteśmy bardzo często nierozpoznawalni w sieci, ale dodatkowo mamy też poczucie, że to nasze „ja online” i „ja offline” to niekoniecznie jest to samo; że to „ja online” powoduje, że mniej przeżywamy poczucie winy, mniej bierzemy odpowiedzialność za to, co robimy w sieci – mówi Tomasz Kloc, psycholog, psychoterapeuta, wykładowca na Akademii Zamojskiej. – Ważne jest też to, że my nie widzimy, jak reaguje druga osoba. W kontakcie na co dzień mamy natychmiastową reakcję, widzimy emocje, widzimy krzywdę.
„Zaczynamy racjonalizować naszą agresję wobec innych”
– Nasi ludzie stanęli w obronie i zaczęli wyjaśniać, bo miałam wrażenie, że nawet żadna osoba komentująca wcześniejszy post nie skomentowała już naszego oświadczenia, nie przeprosiła – mówi Anna Antoszczak.
– Zwierzęta domowe bardzo często są traktowane jako członkowie rodziny – mówi Tomasz Kloc. – Ich ból, krzywda też będzie uruchamiała nasze reakcje emocjonalne na tego potwora, sprawcę, bestię, bo wiemy jakiego rodzaju są to komentarze. Zaczynamy racjonalizować naszą agresję wobec innych. I tutaj powstaje paradoks – ktoś, kto naprawdę będzie przeżywał cierpienie, w tym przypadku mówimy o cierpieniu zwierząt, i chce stanąć po stronie słabszych, jednocześnie zaczyna używać przemocy – nazwijmy ją symboliczną – i już tego nie widzi jako problemu moralnego, bo w tej sytuacji cel uświęca środki.
– Powinniśmy czytać, sprawdzać każdą, najdrobniejszą informację. Miejmy na uwadze, że po tej drugiej stronie jest człowiek i trzeba zachować się po ludzku – mówi Anna Antoszczak.
– Jak my byśmy się czuli, będąc na miejscu tej osoby, którą chcemy skomentować? To jest pewnego rodzaju praca nad własną empatią i wrażliwością. Środowisko zdalne powoduje, że jesteśmy bardziej narażeni na tą naszą „ciemną stronę mocy” – mówi Tomasz Kloc.
CZYTAJ: Przeniesienie czy pierwszy krok do likwidacji? Spór wokół szkół i decyzji sejmiku [ZDJĘCIA]
Szkalujące komentarze niosą ze sobą odpowiedzialność karną
– Nieprawdziwe i szkalujące komentarze w Internecie niosą ze sobą odpowiedzialność karną – zniesławienie lub znieważenie oraz mogą nieść również odpowiedzialność cywilną, czyli naruszenie dóbr osobistych – mówi podkomisarz Dorota Krukowska-Bubiło, oficer prasowy KMP w Zamościu. – Przepis przewiduje sankcje w zależności od tego, w jaki sposób dokonano pomówienia. Jeżeli było to w rozmowie prywatnej lub w małym gronie, sprawca może zostać ukarany grzywną, ograniczeniem wolności lub nawet rokiem więzienia. Gdy jednak zniesławienie zostało popełnione publicznie, chociażby za pośrednictwem Internetu czy też mediów społecznościowych, kara może wzrastać do dwóch lat pozbawienia wolności.
Bibliotekarki z Rudnika nie zdecydowały się zgłosić sprawy na policję.
JN/ opr. DySzcz
Fot. pexels.com
