Mobilny, modułowy stół operacyjny trafi ze Świdnika do Ukrainy. Dostarczyć go tamtejszym chirurgom ma Max Ciszek – polski wolontariusz, który pomaga w Ukrainie od początku wojny. Za zakup sprzętu odpowiada lekarz stomatologii Zbigniew Dobkowski ze Świdnika. To nie pierwsza współpraca panów przy dostarczaniu pomocy na front i linie przyfrontowe.
O stole operacyjnym, ale także o obecnej sytuacji w Ukrainie i o tym, czego powinniśmy się uczyć z sytuacji tam panującej – mówi w rozmowie z Eweliną Kwaśniewską Max Ciszek z Fundacji Widzialna Ręka.
– Zabieram tutaj właśnie stół operacyjny, który trafi bezpośrednio tam, gdzie trwają walki, oczywiście w odpowiedniej odległości – mówi Ciszek. – To będzie prawdopodobnie miejscowość Dniepr. A dlaczego to jest takie ważne? Ponieważ to jest stół, który nie wymaga zasilania elektrycznego, czyli będzie można to robić mechanicznie, bo wiemy, jaka jest sytuacja, czasami generatory nie włączą się w odpowiedniej chwili. Jest to bardzo ważna sprawa.
Generalnie po prostu jest to bardzo potrzebne, ponieważ cały czas są osoby, które na tym stole niestety muszą leżeć.
– Tak, niestety. Sytuacja jest coraz gorsza. Bardzo dużo ran od odłamków i taka pomoc jest bardzo potrzebna. Zresztą każda pomoc. Ostatnio przeprowadziliśmy akcję na tzw. grzejki, czyli takie wkłady dla żołnierzy, żeby mogli wsadzić sobie w rękawice, w buty, żeby po prostu było ciepło, bo trudno mi sobie wyobrazić siedzieć w tej chwili gdzieś w jakimś blindażu, gdzieś w okopie, w jakimś schronie, gdzie temperatura na dworze jest minus 10, to tam jest dużo zimniej i tak jak rozmawiałem z żołnierzami, oni nie mogą wyjść, ponieważ w każdej chwili są narażeni na to, że ich pozycja zostanie wykryta przez drony, czy ewentualnie przez żołnierzy z drugiej strony, przez jakieś rosyjskie oddziały szturmowe.
Co jeszcze jest w tym momencie potrzebne po tych prawie czterech latach?
– Odzież, w tej chwili przewozimy odzież zimową z termoizolacją. No i żywność, która może być dostarczona przez drony, czyli takie małe konserwy, coś mniejszego oraz chemia. Mamy takie specjalne gąbki, żeby żołnierze mogli się umyć w okopach.
CZYTAJ: Zagrożenia dla przedsiębiorców i grup wrażliwych. Zmiany dla uchodźców z Ukrainy
Nie jest pan jedynym polskim wolontariuszem na froncie albo przy froncie. Mamy też tam chociażby swoich lekarzy, mamy swoje pielęgniarki. Jak wygląda ich praca?
– Ja akurat współpracowałem z ukraińskimi medykami, ale wiem, że tam działa Fundacja W Międzyczasie, pan Damian Duda, który robi niesamowitą robotę ze swoją fundacją. Nie tylko tam na miejscu, ale też w Polsce próbuje szkolić medyków, bo to jest zupełnie inna sytuacja, inne warunki, gdzie po prostu medycy narażeni są na to, kiedy zabierają żołnierzy. Czasami ta ewakuacja może trwać po 3 czy 4 dni ze względu na drony. Nie jest to proste i oni są cały czas narażeni na niebezpieczeństwo. To nie jest tak jak 2 czy 3 lata temu, kiedy pomagaliśmy szpitalu w Drużkiwce, kiedy to było dużo prostsze, że chłopcy mogli dojechać samochodem, zabrać tę osobę i dojechać do punktu stabilizacyjnego, z którego była zabierana na dalsze leczenie. W tej chwili sytuacja zmieniła się diametralnie. Wiem, że jest dużo Polaków, którzy pomagają. Nie tak dużo jak na początku wojny, bo ten zapał się ostudził i zostali tak zwani hardcorowcy, których czasami spotykamy tam na trasie. Jesteśmy tam obecni i myślę, że powinniśmy być obecni ze względu na to, żeby nabrać doświadczenia, nie tylko jeżeli chodzi o medycynę pola walki, ale także o tę pierwszą linię, o droniarzy, w ogóle o takie proste sprawy, które wydają się tam prozaiczne, a mogą ratować życie.

Czyli nie tylko bezinteresowna pomoc, ale tak naprawdę wyciągamy coś dla siebie w razie „W”?
– Tak, ja za każdym wyjazdem uczę się czegoś nowego i staram się to przekazać. Jest czego się uczyć i powinniśmy wykorzystywać doświadczenia z wojny w Ukrainie, żeby mieć po prostu to doświadczenie. Mam nadzieję, że ta wojna do nas nie dojdzie, ale nie wiadomo, jak to będzie.
Z takich najważniejszych rzeczy, jakby pan miał utworzyć takie top 3 rzeczy, których pan już się nauczył, a które każdy z nas znać powinien?
– Trzeba być przygotowanym, nie mówię o plecaku ewakuacyjnym, ale po prostu żebyśmy wiedzieli, jak się zachować w takiej godzinie „W”, jeżeli się coś dzieje, żeby nie siać paniki. Druga sprawa, to – ja o tym często zapominam – żeby wiedzieć, jak udzielić pierwszej pomocy. Są czasami szkolenia, ale trzeba sobie to przypomnieć, jak założyć tę opaskę, jak się zachować, tak żeby pomóc. Trzecia sprawa to wiedzieć, gdzie są schrony. Ja to mówię z doświadczenia, ponieważ przebywam często w Izraelu i wiem, jak tam społeczeństwo reaguje i jak się zachowuje. Każdy wie, jak się zachować, tam nie ma żadnej paniki, jest przekazana informacja, kiedy rakiety lecą, kiedy dolecą. Każdy po prostu wie, co ma robić.
Jak zmieniła się z pana perspektywy ta wojna przez te cztery lata?
– Z tego, co widzę, to początek wojny to był ten ciężki sprzęt, czołgi, transportery opancerzone i kompletnie inna wojna. Później zaczęła się taka wojna pozycyjna, a w tej chwili to jest wojna dronów, wojna elektroniki. Ten pas, którym na przykład my jako wolontariusze mogliśmy dojeżdżać powiedzmy 5 czy 10 kilometrów od strefy nul, czyli od strefy zero. W tej chwili ten pas się zmienił, ponieważ w każdej chwili może nadlecieć dron, a oni już nie patrzą na to, czy to jest jakaś pomoc humanitarna, czy to jest samochód oznaczony czerwonym krzyżem, wręcz odwrotnie, jest to dla nich cel, karetka pogotowia, bo wiedzą, że zabicie lekarza, czy sanitariusza, czy kogokolwiek, kto niesie pomoc, to jest dla nich plus. Tak samo jak widzimy w głębi kraju, kiedy jest nalot, kiedy zostanie zniszczona jakaś infrastruktura, za parę godzin następuje kolejny atak, bo oni wiedzą, że ktoś przyjedzie to naprawiać i chcą, żeby było jak najmniej fachowców. Robią to po prostu z premedytacją.
CZYTAJ: Politolog: Bez jedności Zachodu nie da się zatrzymać wojny rosyjsko-ukraińskiej
Wspomniał pan o tym, że społeczność Izraela już trochę przyzwyczaiła się do ciągłych ataków, reaguje spokojniej. Widać ten progres, jeżeli mogę to tak nazwać, jeżeli chodzi o obywateli Ukrainy?
– Tak, wydaje mi się, że też już nie ma takiej paniki, ludzie schodzą, jak w Kijowie, do metra, tam się chowają, też wiedzą, jak się zachować. W pewnym momencie było tak, że ludzie po prostu już nie reagowali na te alarmy, życie toczyło się dalej, ale to, co pokazała ostatnia noc, ten atak na Kijów, na Lwów pokazał, że zagrożenie może przyjść w każdej chwili. Ostatnim razem jak byłem, atak nastąpił blisko dworca we Lwowie. Była to fabryka telewizorów, prawdopodobnie robili tam inne rzeczy, ale każdy błąd mógłby kosztować życie bardzo wielu ludzi, to było centrum miasta.
Koleżanka, która mieszka we Lwowie, mówiła mi, że dźwięk drona będzie ją prześladował do końca życia, to jest ten dźwięk, na który ona i jej otoczenie najbardziej reaguje.
– Dokładnie i dużo ludzi, którzy są w rejonach przyfrontowych, żyją później z tym dźwiękiem drona, dużo żołnierzy ma tak zwany post-traumatic stress disorder (zespół stresu pourazowego – przyp. red.). Pamiętam, kiedy świętej pamięci Grisza, mój kolega, który zginął na froncie, przyjeżdżał do mnie – mógł przyjechać, miał pozwolenie na przyjazd do Polski, był inwalidą którejś tam grupy, poszedł na ochotnika. Pamiętam, że kiedy przyjeżdżał, nawet jak włączałem młynek do kawy czy gdzieś tak z daleka, to on czuł się niespokojnie. Przykładowo naszykowałem mu pokój, miał łóżko, ale spał na ziemi, po prostu z przyzwyczajenia i cały czas potrzebował jakiejś muzyki czy rozmowy, bo cisza go denerwowała, bo jak była cisza, to mówił: coś się będzie działo.
Gdzie teraz pan jedzie, bo to nie jest jedna destynacja?
– Najpierw oczywiście do Lwowa, tam mamy samochody, stamtąd pojedziemy transportem. Będzie to miejscowość Dnipro, na pewno zatrzymamy się w Pawłogradzie, mamy tam zaprzyjaźnioną jednostkę, z którą się spotkamy, bo Pawłograd to jeszcze jest takie bezpieczne miejsce, gdzie można dojechać. Od Pawłogradu w stronę Pokrowska już są siatki dronowe, już jest niebezpiecznie, już do Kramatorska trzeba uważać, bo drony dolatują do Kramatorska. Trzeba uważać, siatki są często porwane i zniszczone. Jest niebezpiecznie. Później będziemy jechać do Charkowa. Tam bardzo dobrze działa fundacja Poland Helps, Jerzy Jurczyński i Fundacja Siepomaga, przekazali ogromne ilości sprzętu, wozów strażackich. Też chcemy się tam dostać, planujemy otworzenie takiej piekarni w miejscowości Czuhujew, dlatego że chcemy piec tam chleb i pomagać cywilom, którzy tam są. Jak byliśmy tam ostatnio, to mnie się serce krajało, widząc ludzi, którzy żyją w domach, w których często nie ma ogrzewania, którzy boją się wyjść, bo w każdej chwili mogą nadlecieć drony. Mieliśmy takie szczęście, że kiedy rozdawaliśmy pomoc, była niedobra pogoda, było zachmurzenie i mogliśmy to zrobić.

Co by pan powiedział ludziom, którzy mówią „To pic na wodę, wojny w Ukrainie nie ma”.
– Zabrałbym ich, żeby zobaczyli, jak to wygląda, bo podczas wycieczki do Lwowa, czy gdzieś tu blisko, czy nawet do Truskawca to rzeczywiście można odnieść takie wrażenie, że tej wojny nie ma, że się nic nie dzieje. Choć widzieliśmy, co się działo wczoraj. Ale musimy też pomyśleć, że społeczeństwo musi żyć i żołnierze, którzy są na froncie, muszą przyjechać, muszą sobie odpocząć. Wszyscy mówią „zabrać ich do wojska, wszyscy do wojska, niech pójdą na front”. Patrząc ekonomicznie, musi być część ludzi, która napędza gospodarkę. Ktoś musi płacić podatki, żeby utrzymać tych, którzy są na froncie.
Mam poczucie, że zapomnieliśmy o tym, że nasi dziadkowie też po części żyli normalnie w trakcie wojny, że to nie jest tak, że życie całkowicie zamiera.
– Tak, dokładnie. Podczas drugiej wojny światowej przecież restauracje też były otwarte, czy na początku w getcie też były otwarte restauracje, to się zmieniło dopiero później. Dlatego dla tych żołnierzy też jest wyjście gdzieś tam do restauracji, czy tam jak często pokazują Odessę, jak tam się ludzie bawią, tam przyjeżdżają żołnierze, tam jest dużo sanatoriów, tam jest dużo ośrodków, gdzie można przyjechać i odpocząć, zapomnieć na chwilę o tej wojnie. A wojna trwa dalej i nie wiem, jak się to skończy.
W ostatnim zmasowanym ataku na Ukrainę Rosjanie wysłali na ten kraj 242 drony, 13 rakiet balistycznych, 22 rakiety kierowane i hipersoniczną rakietę Oresznik. Ta ostatnia spadła na Lwów, przelatując wcześniej około 1,5 tysiąca kilometrów z rosyjskiego Kapustin Jaru.
– To pierwszy tego typu atak na Lwów od początku pełnoskalowej agresji – tak mer Andrij Sadowyj ocenia nocne użycie rakiety balistycznej do ostrzału miasta. Zaznaczył, że chociaż Lwów był wielokrotnie celem rosyjskich dronów i rakiet, to nocny atak za pomocą rakiety balistycznej jest groźnym precedensem. Jak dodał, powinno to być poważnie potraktowane przez partnerów z Unii Europejskiej i USA, bo rakieta spadła w pobliżu granicy z Unią Europejską.
Prezydent Wołodymyr Zełenski poinformował, że w Kijowie zginęły 4 osoby, w tym członek załogi pogotowia.
EwKa / opr. WM
Fot. Ewelina Kwaśniewska
Pliki dźwiękowe
Rozmowa z Maxem Ciszkiem











![Groźne zdarzenie w Lublinie. Dziecko wpadło do studzienki [ZDJĘCIA] 9 EAttachments9262288cd6e0e375b5adee72f5aa70af0e820e8 xl](https://radio.lublin.pl/wp-content/uploads/2026/01/EAttachments9262288cd6e0e375b5adee72f5aa70af0e820e8_xl-350x250.jpg)



