Pandora kontra Laleczki. Droga do „komiksu środka”

EAttachments9259802520fe18b4f6d2fa6a57e5da0baac3109 xl

Pierwszy tom Pandory (wyd. Kultura Gniewu) Kamila Dukiewicza wskoczył na księgarskie półki. Artysta z Bydgoszczy przeskoczył tym samym z gruntu komiksu niezależnego pod skrzydła wydawcy i mógł rysować swój komiks spokojnie, nie zważając na tak pochłaniające uwagę sprawy jak kontakt z drukarnią czy obsługa stoiska na komiksowych imprezach. Pierwszym tomem Dukiewicz wprowadza w swój świat, a jest to świat przyszłości. Na obcej planecie ląduje młoda dziewczyna, która jednak zwiedzać nie przybyła. Jako że znajduje się w posiadaniu czegoś, na co chrapkę mają – w uproszczeniu – siły dobra i ciemności, musi mieć oczy z tyłu głowy i trafiać na ludzi, którzy wyciągną w jej stronę pomocną dłoń. W tle buzuje pustynna śmierć, polegająca na tym, że planeta wcale nie pragnie, by zamieszkiwali ją ludzie i w naturalnym odruchu obronnym stara się ich pozbyć ze swojego zdrowego organizmu. Oczywiście są też tacy, którzy nie wiedzą w pustynną śmierć – i tu autor puszcza oczko do czasów jak najbardziej naszych.

Od Pandory biją spore wibracje gwiezdnowojenne – czytając ten komiks miałem wrażenie, jakby to był spin-off Star Wars narysowany przez polskiego Paula Pope’a. Dukiewicz odchodzi tutaj trochę od swojego charakterystycznego stylu, co jednak nie przeszkadza mu w rysowaniu niezwykle dynamicznych scen w stylu Daniela Warrena Johnsona. Tom pierwszy to klasyczny rozpęd – Kamil zbiera tu swoją drużynę składającą się ze specyficznych postaci, nakreśla powody kierujące czarnymi charakterami, przyprawia to szczyptą humoru i naciskiem na relacje rodzinne. To jeszcze nie jest space opera, ale ma ku niej spore zadatki.

Kiedyś marzyliśmy o komiksie środka. I Pandora jest spóźnioną o 20 lat odpowiedzią na te marzenia. To komiks gładki, wpisany w popowy schemat i mający potencjał na to, by odnieść sukces. Ja liczę, że Kamil pokaże w nim jeszcze swój pazur – okazja ku temu nastąpi już niebawem, ponieważ drugi tom został w całości naszkicowany i artysta bierze się za tusz. 

POSŁUCHAJ: Czy Pandora to space opera? Kamil Dukiewicz o swoim albumie

Tymczasem 20 lat temu odbyła się premiera Laleczek Macieja Pałki – edycja riso rozeszła się podczas imprezy Trach! w lubelskiej Chatce Żaka, ale po tych dwóch dekadach – jak szczerze pisze Maciej w posłowiu – nakład tego zeszytu nie dobił do tysiąca. A okazji ku temu było kilka, ponieważ autor często do tego tytułu wracał, proponując czytelnikom kolejne wydania. To, o którym mówię dzisiaj, to specjalna edycja z okazji XX-lecia, z nową, znakomitą okładką i z dokładnie takim samym środkiem, jak 20 lat temu w Chatce Żaka. I tak jak Pandorę można porównać do grzecznych pierwszych Gwiezdnych Wojen, tak Laleczki to raczej pierwszy Mad Max, gdyby wyreżyserował go Cronenberg. To przyszłość, postapokalipsa, pustynne scenerie i kryjące się w hałdach piachu ludojady.

Czytałem każdą edycję tego komiksu, ale nigdy tak dobrze nie bawiłem się, jak podczas tej lektury. Wygląda na to, że Maciej słusznie co jakiś czas wydaje ten komiks, bo to jest chyba jego najbardziej charakterystyczna rzecz. W Laleczkach Pałka jest niepokorny, kreskę ma brutalną kompatybilnie z fabułą, a w rastrowych planszach co chwila można odnaleźć kadr robiący niesamowite wrażenie.

Jako że tą edycją cofamy się o 20 lat, to wydawnictwu towarzyszą wszelkie bolączki tamtych czasów – ot, choćby podczas lektury w moim egzemplarzu puściły zszywki i wyleciała jedna kartka, a ilość błędów na planszach powinna przyciągnąć uwagę śledczych jutuberów-dyletantów, którzy parają się ich wyszukiwaniem, czyniąc z tego procesu najważniejszą część lektury. Ale to urok tamtych czasów, kwestia dzisiaj drugorzędna. Istotne jest to, że Laleczki wciąż świetnie się trzymają. Myślę sobie nawet, że trzymają się coraz lepiej, dlatego choć znam materiał praktycznie na wylot, to wyczekuję edycji z okazji XXX-lecia i wszelkich, które nadejdą w międzyczasie. 

POSŁUCHAJ: Laleczki XXX!

DySzcz

Fot. RL

Exit mobile version