Soen to grupa, która nie ma ostatnimi czasy problemu żeby szczelnie wypełnić koncertowe kluby. 22 lata na scenie i 7 albumów studyjnych pozwoliły szwedom zbudować całkiem silną markę i wychować grupę lojalnych, zaangażowanych fanów, którzy przemierzają za nimi tysiące kilometrów. Lubelska Fabryka Kultury Zgrzyt była trzecim przystankiem podczas ich czterokoncertowego mini-tournee po Polsce – pierwszego, które zakładało granie w mniejszych arenach a zarazem zdobywanie nowych terytoriów. Choć Lublin takim całkiem nowym akurat nie był.
Wielu z fanów którzy tłumnie stawili się niedzielnego wieczoru w Zgrzycie, była obecna rok temu na festiwalu Rock the Square, podczas którego Soen zaliczył swój dziewiczy raz na lubelskiej ziemi. Jeszcze przed soundcheckiem opowiadałem wokaliście formacji, Joelowi Ekelofowi, że ich występ był najcieplej wspominanym w pofestiwalowych relacjach. Nic dziwnego, bo także moim skromnym zdaniem, progresywna piątka ze Sztokholmu zagrała najbardziej porywający show tamtego, czerwcowego dnia. Joel nie krył zadowolenia z takiej recenzji, choć podskórnie przeczuwał, że ich koncert na RtS nie przeszedł bez echa.

Fot. Autor z perkusistą Soen, Martinem Lopezem.
Kiedy techniczni uwijają się na scenie, w klubowym barze, siadam obok perkusisty, Martina Lopeza. W ramach przedkoncertowego relaksu oglądamy potyczkę Newcastle z Liverpoolem. Ikoniczny bębniarz z niedowierzaniem kręci głową, kiedy “The Reds” tracą pierwszego gola. Jako, że drużyna której kibicuje Martin nie radzi sobie najlepiej, zaczynamy rozmawiać o muzyce. Lopez również miło wspomina lubelski festiwal sprzed roku, mówiąc mi, że wciąż słucha w domu płyt Khirki, którzy wtedy grali przed Soen. “Świetna kapela, naprawdę!” – ekscytuje się muzyk. Potem rozmowa schodzi na szwedzką scenę metalową i na najlepszy zespół w historii tego kraju. “Dissection” – stwierdza Martin bez chwili wahania. Przybijamy sobie piątki. Całej rozmowie przysłuchuje się Kasia, fanka Soen, dla której lubelski koncert to 15 raz z muzyką Szwedów na żywo. Można powiedzieć, że była z Soen zanim grupa stała się tak popularna. Dziewczyna była obecna na ich pierwszym koncercie w Polsce, na festiwalu “Ino Rock” w Inowrocławiu, a teraz przemierza za zespołem cały kraj. Właśnie wróciła z Poznania, uprzednio wizytując także w Gdańsku. Muzycy znają ją doskonale i traktują jak przyjaciółkę. Martin w Poznaniu podarował jej nawet winyla Chelsea Wolfe, co tylko potwierdza ich serdeczną realcję. Co ciekawe w tej historii, to właśnie Kasia zwróciła moją uwagę na muzykę Szwedów, co w efekcie zaowocowało ich wizytą w Lublinie, tak rok temu jak i teraz. Chyba wypadałoby jej w tym miejscu podziękować, co niniejszym czynię.
Fot. Grupa Only Sons supportująca Soen.
Wraz z otwarciem klubowych drzwi, sala wypełnia się dość szybko. Kiedy o 19.30 na scenie melduje się support, krakowski Only Sons, klub jest już dość solidnie zatłoczony. Eklektyczna muzyka grupy zdaje się szybko chwytać tłum. To bardzo solidne, riffowe granie, czasem bardziej grunge’owe, czasem skręcające w rejony post-rocka a czasem odpowiednio zapiaszczone. Kwintet ma w sobie sporo energii i czaruje klimatem. Ich tegoroczny krążek, “Through The Night Again” nie bez przyczyny zbiera świetne recenzje. Materiał ten w wersji “live” wypada znakomicie a entuzjastyczne reakcje publiczności tylko wzmacniają ten przekaz.
Krótka przerwa na zmianę scenografii i zgromadzonym w Zgrzycie ukazuje się majestatycznie górujący na scenie zestaw Martina Lopeza – dwie centralki, niezliczona ilość talerzy i bębnów robią wrażenie. Co ciekawe, w Lublinie zespół po raz pierwszy może skorzystać z pełnej produkcji którą ze sobą przywiózł. Dwa poprzednie kluby, z uwagi na ograniczony metraż sceny, nie pozwoliły Soenowi na dodatkowe oświetlenie i elementy scenografii. Show rozpoczyna się punktualnie. Grupa jest bardzo dobrze nagłośniona, co niestety nie zawsze jest regułą podczas koncertów trasowych. W Grodzie Kozła wszystko brzmi jednak tak jak powinno, mięsiście i selektywnie. Od samego początku swoją finezyjną grą czaruje Cody Lee Ford – kanadyjski gitarzysta gra z polotem i wręcz ekstatycznym namaszczeniem. Nie ustępuje mu Lars Ahlund, który na zmianę odpowiada za partie klawiszowe i gitarowe, często godząc dwa instrumenty w trakcie jednego kawałka. Bardzo podoba mi się setlista, która wygląda na naprawdę przemyślaną. Mocniejsze numery kontrastują z elementami balladowymi, a zespół nie boi się także tych najbardziej intymnych i kameralnych momentów – świetnie wypada w tym kontekście “Indifferent”, zagrany tylko przez Larsa, Cody’ego i Joela. Naprawdę magiczna chwila! Z resztą, takowych jest podczas tego koncertu więcej: ikoniczny “Lotus” wybrzmiewa wręcz majestatycznie, zwłaszcza kiedy Ford gra swoje ‘floydowskie’ solo, grany na bis “Illusion” zostaje przyjemnie ubarwiony akustyczną partią gitary Ahlunda. W tych spokojniejszych partiach, świetnie radzą sobie także Lopez z basistą Stefanem Stenbergiem. Obaj mają duży szacunek do przestrzeni którą budują ich koledzy, kiedy trzeba potrafią zagrać oszczędnie i z wyczuciem, a w tych mocniejszych chwilach solidnie przyłożyć.

Fot. Soen w akcji.
Choć Soen ujmuje swoją lirycznością, równie przekonująco brzmi w mocniejszym wydaniu. “Primal”, “Lascivious” czy mój ulubiony “Martyrs” wypadają potężnie! Pod koniec koncertu na scenie lądują dwie polskie flagi z napisem “Team Soen” – to kolejne świadectwo oddania polskich fanów. Koncert kończy porywająca wersja “Unbreakable” a muzycy są wyraźnie podekscytowani fanatycznym przyjęciem w Lublinie. Zwłaszcza Ekelof jeszcze długo zbija piątki z fanami z pierwszych rzędów.
Po koncercie grupki najbardziej zagorzałych “szalikowców” Soen oczekują na swoich idoli pod klubem. Panowie nie kwapią się zbyt mocno do opuszczenia sali, widać że dzisiejszy dzień oraz wydarzenia z dwóch wcześniejszych kosztowały ich sporo wysiłku. Muzycy starają się w miarę szybko uciec do busa, ale zatrzymują się przy każdym, kto chce od nich autograf czy zdjęcie. Na nieco dłużej przystają Stefan i Joel, który wychodzi jako ostatni. Wokalista po raz kolejny jest zauroczony lubelską publicznością. Kilka chwil po północy zespół znika w swoim nightlinerze, a ten po załadunku sprzętu kieruje się w stronę małopolski, gdzie w poniedziałek grupa ma tzw. “day off”. We wtorek Polska trasa ma swój finał w Bielsku-Białej.
Soen po raz kolejny dowiózł szalenie jakościowy show. Nie dziwię się, że są na fali. Ich koncerty to naprawdę solidna produkcja na najwyższym, światowym poziomie. Dobrze, że możemy takie zespoły oglądać w Lublinie i mieć je na przysłowiowe “wyciągnięcie ręki”.
Tekst i zdjęcia: Marcin Puszka















