Mężczyźni znikali na wiele miesięcy, a nawet lat, by handlować towarem, a kobiety tkały w tym czasie płócienka z końskiego włosia – tak wyglądało życie sitarskich rodzin z Biłgoraja. Wyrabianie sit było wiodącym w mieście sposobem na życie, a sitarze należeli do najzamożniejszych mieszkańców. Dziś? Niemal śladu po tej tradycji nie ma. Niemal, bo w regionie wciąż zostało kilku sitarzy. Wśród nich Stanisław Gorczyca – z Biłgoraja.
– Sito dokończę, żeby Pani miała sfilmowane. Jeszcze weźmiemy goździki, pokładniczkę i zrobimy komplet sito. Tak, robota jest, no da się wyżyć. Oczywiście, że da się, tylko że to jest bardzo pracochłonne.
– Zasadniczo było to dominujące rzemiosło tutaj w tym mieście – mówi Dorota Skakuj z Muzeum Ziemi Biłgorajskiej w Biłgoraju. – Początkowo to się odbywało wewnątrz takiego rodzinnego podziału pracy. Kobiety tkały płócienka z końskiego włosia, czyli z końskich ogonów, z końskich grzyw. Oprócz tego zajmowały się wychowywaniem dzieci, zajmowały się całym domem. To wszystko było na ich głowie. Oczywiście mogły sobie wziąć do pomocy jakieś dziewczyny, które też wykonywały płócienka włosiane, bo one same może nie dawały rady. One, ich córki, ich matki, teściowe. Mężczyźni wychodzili często wczesną wiosną, wracali późną jesienią. Biedniejsi wędrowali na okoliczne targi i jarmarki. To wtedy mogli wziąć na plecy około 80 sitek gotowych różnej wielkości. Wrócili, sprzedali, gdzieś tam coś naprawili i tak dalej. Bogatsi brali konia z wozem, wtedy załadowali tych sit 500, 700. Oczywiście więcej zarobili. Mieli też swoje trasy, po których co roku wędrowali. Są przekazy, że po całej Europie jeździli, ale są przekazy, że docierali nawet do Turcji, nawet do Persji, czyli do dzisiejszego Iranu. A w XIX wieku to niektórzy się wręcz osiedlali, a to w Moskwie, a to w Petersburgu. Tam im rodziny dosyłały tylko kolejne partie płócienek włosianych, a oni je na miejscu oprawiali. I ci nie wracali czasami po kilka lat.
CZYTAJ: Literatura, teatr i debaty. Znamy program Festiwalu Stolica Języka Polskiego
– Jak pracowałem w spółdzielni pracy metalowców, tam byli sitarze w tej spółdzielni – wspomina Stanisław Gorczyca. – Taka oddzielna była komórka, oddzielny budynek. Sitarze zaczęli odchodzić na emerytury. Potem prezes zdecydował, że może ze dwóch by ktoś z hali przyszedł, bo ja byłem na hali jako ślusarz. No i zdecydowałem się ja i kolega. No i mnie to się spodobało, ponieważ ja miałem w ogóle ciągotki takie do drzewa. Kiedyś chciałem zostać stolarzem, ale zamknęli mi przed nosem szkołę. Jak skończyłem podstawówkę i chciałem do tej szkoły, to oni powiedzieli, że już mają dosyć stolarzy. No i potem się okazało, że wróciłem na stare tory.
– One mają swoje nazwy, tak?
– Tak, to jest sito, przetak, ryszoto. Te mniejsze to tabakierki, tam jest mały fartuszek, potem duży fartuszek i potem te większe, potrójniaki. Tam jeszcze podsitka, regionalnie te nazwy się wzięły tak trochę. Ta średnica 42, to jest standard, taki od lat. Ich schodziło najwięcej, w przemyśle i w rolnictwie.
– Sita były robione z końskiego włosia – tłumaczy Dorota Skakuj. – To takie sita, mniejsze, większe, były używane przede wszystkim do przesiewania mąki. To było kiedyś bardzo ważne, żeby przesiać mąkę, bo jeżeli byśmy trzymali gdzieś tam worek mąki, gdzieś tam w jakimś spichlerzu, w jakiejś komorze i tak dalej, no to tam wiadomo, że mógł nam tam wejść jakiś przysłowiowy robaczek, czy coś i tak dalej. No więc, żeby nie było niespodzianki w chlebie, no to trzeba było tę mąkę przesiać. I sitarze wędrowali z tymi sitami. Mieli własne stroje, mieli własne zwyczaje, mieli własny język, tak zwany język okrątkowy. Zastąpienie słów, koń to drepciuga, książka to kłopotnica i tak dalej.
CZYTAJ: Schludnie i bezpiecznie. Pomost nad biłgorajskim zalewem po remoncie [ZDJĘCIA]
– A to taka zakładka idzie, jak to się mówi, i łączony jest zszywaczem. A kiedyś robiliśmy takie skopki z drutu i szydełkiem wbiło się dwie dziurki, tego skopeczka w te dziurki.
– A zdarzy się, że pęknie?
– A oczywiście, bo to potem trzeba namoczyć.
– Gotowe sito?
– Nie, tego łupa trzeba wyciąć ze sklejki, namoczyć, potem na holownicy wyholować koło. I dopiero, jak już się zaschnie na słońcu, czy ewentualnie na piecu w zimie, to się pojedynczo wyciąga i zbija się. Wtedy siatki się tnie i się kompletuje. Zależy od zamówienia, bo jeden chce takie oczko, drugi chce takie oczko. Ostatnimi czasy właśnie zaczęli się klienci regionalni. Urząd miasta, urząd gminy, starostwo. Ostatnimi laty, a wcześniej to miałam tylko klientów z Polski.
CZYTAJ: W rytmie tradycji. Zamojskie Dni Folkloru
– W wieku XX sitarstwo podupadło – opowiada Dorota Skakuj. – Już mało kto, ktoś kto się zajmował handlem hurtowo, to wtedy miał dochody. Natomiast tak pojedynczo, jeżeli wykonywał je od początku do końca, to sitarstwo podupadło, przynosiło dużo mniejsze dochody. Bardziej to ktoś traktuje jako pamiątkę, a nie jako rzecz po prostu użytkową. Bo wiadomo, że mamy dzisiaj sitko, to możemy to sitko mieć, możemy je sobie umyć, wrzucić gdzieś tam do zmywarki, jakieś plastikowe, nikt się nie przejmuje. Natomiast takiego drewnianego do zmywarki nie wrzucimy. Wszystko przez te zmywarki, tak. Takie sito dzisiaj robione od początku do końca, gdybyśmy je chcieli zrobić tak, jak robiono je kiedyś, byłoby sitem bardzo drogim. Pozostały tradycje.
– Do sitarstwa trzeba mieć zgrabne palce, nie za grube, żeby te guziki troszkę z tych palców wystawały – mówi Stanisław Gorczyca. – W miarę dobre oko, celować w guzika, a nie w palca.
– A zdarza się?
– Pewnie, że tak.
Biłgorajscy sitarze byli tak wyspecjalizowani w swoim fachu, że nawet ich domy były wznoszone w szczególny sposób. Tak, by zapewnić jak najwięcej światła w izbach, w których kobiety tkały płócienka. Przykład takiej zabudowy można znaleźć w Biłgoraju do dziś. Jest nim skansen Zagroda Sitarska, przy ulicy Nadstawnej.
JN / opr. PrzeG
Fot. JN
