„Absolutnie najlepsi” – Don Airey z Deep Purple specjalnie dla Radia Lublin!

EAttachments96146595f6f5b1e00321bec17fe6e3231d008bb xl

Deep Purple to niekwestionowana legenda hard rocka. Zespół jest obecny na scenie od prawie 60 lat i wciąż pozostaje aktywny – tak koncertowo, jak i wydawniczo. Lada chwila na sklepowe półki trafi ich najnowszy album “Splat!”, który stawia sprawę jasno: Panowie ani myślą o muzycznej emeryturze, bo wciąż są głodni nowych dźwięków i pełni godnego pozazdroszczenia entuzjazmu. O nowej muzyce, barwnej przeszłości i fanach, miałem okazję porozmawiać z klawiszowcem zespołu, Donem Aireyem.

Radio Lublin: Don, dzięki za spotkanie! Miło móc z Tobą pogadać. Muszę Ci powiedzieć, że naprawdę podoba mi się nowy album Deep Purple. I co najważniejsze – niesamowicie cenię chemię między Tobą a Simonem McBride – naprawdę świetnie się uzupełniacie. Powiedz mi, czy granie z Simonem jest dla Ciebie wyzwaniem? Wiesz, to całkiem inny gitarzysta niż Steve Morse czy Ritchie Blackmore. Musiałeś nieco przestawić się na fale Simona, żeby móc stworzyć z nim harmoniczny duet?. 

Don Airey: Nie, niekoniecznie. To dlatego że grałem z Simonem przez prawie 10 lat, był gitarzystą w moim zespole no i trochę zagraliśmy festiwali i koncertów wspólnie. Tak więc nowy album jest chyba czwartym który zrobiliśmy wspólnie. Tak więc wiedzieliśmy jak pracujemy. Można powiedzieć, że to rezultat tego wysiłku, tego ogromu muzyki. Więc, generalnie, to było naprawdę łatwe. Wiesz, Simon gra bardzo w klimacie Gary’ego Moore’a. A, jak zapewne wiesz, grałem z Gary’m przez długie lata. Tak też, cóż, to wszystko jest proste. A jeśli coś jest proste, to nie musisz za dużo o tym rozmyślać, to się po prostu dzieje. 

RL: Ok, czyli nie było tak trudno jak mogło mi się wydawać. Ok! Wiesz, zapytałem, bo zwykle jest tak, że klawiszowiec musi nieco dopasować się do stylu gitarzysty. Natomiast słuchając “Splat!” mam niekiedy wrażenie, że stajecie z Simonem w szranki, pojedynkujecie się na solówki, riffy i motywy. 

DA: No cóż, to w zasadzie bardzo muzyczna rzecz. To znaczy, najważniejsze to po prostu grać razem. Brzmi prosto, po prostu róbmy wszystko razem. Ale to kosztuje wiele pracy, wiele czasu jeśli chodzi o zespół. Simon jest w zespole jakieś trzy lata o ile się nie mylę. I naprawdę zajęło nam dużo czasu żeby to wszystko poskładać. Ale naprawdę myślę, że to wszystko razem pracuje. Ale, wiesz, te wszystkie pojedynki, wymiany, to część muzyki. I to oczywiście nie znaczy że trzymamy się za gardła. Raczej przeciwnie. Wiesz, pewnie, to wielkie wyzwanie. Pierwszy raz spotkałem Simona gdy facet miał 15 lat, graliśmy razem koncert gdzie muzycy się zmieniali. Grał przede mną. Miał 15 lat! Pomyślałem wtedy: kto to, cholera, jest?! Kiedy wszedłem na scenę, pomyślałem że to niezłe wyzwanie, dotrzymać mu kroku. I wiesz co? Wciąż tak jest! 30 lat później. 

Don Airey podczas koncertu Deep Purple w Atlas Arenie, Łódź, 12.10.2022 – fot. Kinga Hendzel

RL: Wydaje mi się jednak, że przychodzi Wam to wszystko dość naturalnie. Nie mam poczucia, że Wasze partie to coś stworzonego w wielkich bólach.

DA: Tak, naturalnie. Myślę że mieliśmy gdzieś z tyłu głowy, że ten album potrzebuje riffów, musi być nieco cięższy. Każdy myśli że granie heavy oznacza głośno i wolno. Ale nie. Chodzi o zespół grający razem. I to jest to, co mamy. Każdy w tym jest. Nie możesz powiedzieć, że to tylko ja i Simon, zainspirowani przez Rogera i Pace’ya (chodzi o Rogera Glovera – basistę i Iana Paice – perkusistę grupy – przyp. red.). Jasne, Ci dwaj kolesie są najlepsi. Absolutnie najlepsi, wiesz? Nie ma lepszej sekcji rytmicznej niż oni.

RL: Don, jawisz mi się jako muzyk, który jest bardzo “progresywny” jeśli chodzi o techniczną stronę swojego instrumentarium. Nawet jeśli lubisz ten oldschoolowy dźwięk hammonda, to jednak niejednokrotnie sięgasz po nowinki techniczne albo jakieś nietypowe brzmienia. Zastanawiam się, z czego to wynika? Wciąż poszukujesz złotego środka? 

DA: Wiesz, tak naprawdę, to przede wszystkim jestem po prostu pianistą. Ale jest to jednak trudne, zwłaszcza grając rock’n’rolla. Wiadomo, hammond to istotna część tego wszystkiego, tak samo syntezatory. Uwielbiam brzmienie Mooga. I tak: mamy kawałek. I muszą w nim być różne rzeczy. Więc to dość interesujące, poskładać to w całość. Naprawdę lubię tę część. Wiesz, to wyzwanie, nad którym musisz pomyśleć. To część zabawy.

RL: Wydaje mi się też, że wymaga to od Ciebie dużych pokładów kreatywności, prawda?

DA: Tak. Taki Moog często daje niespodziewane efekty. Pojawia się jakieś dziwne brzmienie w mixie a ludzie wtedy: ej, co to jest? Pamiętam ja wpadłem na pomysł intra do “Sacred Land”, cały zespół wtedy wykrzyknął “Hej, świetne! Co to, co to jest?!?”. I numer rozwinął się naturalnie, każdy za nim podążył, bo było to coś innego, oryginalnego, coś co ludzie chcieli usłyszeć. Zwłaszcza ci, z którymi pracujesz: to nie są goście, którzy chcą słyszeć to samo starocie co zawsze. A jak pracujesz z takim gościem jak Bob Ezrin, to wiesz, zdecydowanie musisz wychodzić z pomysłami, za którymi ludzie chcą podążać, rozumiesz? “Co to, co to jest?” 

RL: Wspomniałeś o ciężkości. Zastanawiam się, czy Wasz nowy album był od początku pomyślany jako “cieższy”, czy wyszło to trochę incydentalnie? 

DA: Cóż, tak w zasadzie tak po prostu się stało, w takim stylu pracowałem ja i Simon. I wiesz, jeśli w tle jest jeszcze ktoś taki jak Roger, który zawsze mówi: “a co jeśli utniemy to trochę i zrobimy to w trochę prostszy sposób?”. Każdy ma swój wkład i to jest w zasadzie to, jak powinien pracować rockowy zespół – nie jedna osoba, która komenderuje jak grać. Mają grać wszyscy. I wydaje mi się, że to jest to, co reprezentuje ten album. Jesteśmy bandem, więc zachowujemy się jak band i to jest w tym wszystkim najwspanialsze. 

RL: Kiedy tak patrzę na tracklistę “Splat!”, widzę 13 kawałków które w większości oscylują w okolicy czterech minut każdy. Wydaje mi się to delikatnie nietypowe, bo przecież Deep Purple to zespół kojarzony również z bardziej rozbudowanymi kompozycjami…

DA: Kiedy pierwszy raz usłyszałem numer “Arrogant Boy”, pomyślałem: to świetny materiał na teledysk. Dość oryginalna rzecz, niby trzy minuty i dwadzieścia sekund, ale niemalże z symfonią w środku. I wydaje mi się, że to coś innego. Miałem nawet swego rodzaju wątpliwości co do tego, czy zrobiliśmy dobrze typując to na singla. Ale Bob Ezrin nie miał żadnych “ale”. Powiedział: nieeee, zostawiamy tak jak jest. Tak w zasadzie to nie bardzo przejmujemy się social mediami. Mamy od tego ludzi którzy robią to za nas. Ale band nie ma z tym za wiele wspólnego. Działamy tak jak zawsze. Wiesz, tak naprawdę to po prostu starasz się robić swoje jeszcze lepiej, może trochę inaczej, po prostu się rozwijać. To cały sekret. Nie chcesz stać w miejscu czy opuszczać poprzeczkę. Jeśli możesz, po prostu trzymaj poziom – oto tajemnica. Spróbuj być odrobinę lepszy każdego dnia. Zagraj lepszy koncert niż ostatniej nocy. To jest właśnie ten czynnik, który trzyma Cię przy życiu.

RL: No dobra, Don, powiedz mi teraz jak to jest: wiele kapel które święciły triumfy w latach 70-tych czy 80-tych obecnie kładzie nacisk na retrospektywne trasy i odgrywanie starych hitów. Deep Purple natomiast dwa lata po ostatniej płycie wydaje kolejną nową. Czy to też ta naturalna potrzeba postępu, czy może jesteście czymś w rodzaju ewenementu? 

DA: No cóż, wytwórnia na pewno odegrała istotną rolę w tym procesie (śmiech). Widzisz, większość myśli, że to zespół decyduje o wszystkim. A tak naprawdę, to nie decydujemy o niczym, prócz tego że jesteśmy zespołem. Wszystko jest zależne od celów biznesowych. Leonard Bernstein powiedział kiedyś świetną rzecz: to co potrzebujesz aby robić dobrą muzykę, to plan i niewiele czasu by go zrealizować. I wtedy osiąga się najlepsze rezultaty. Więc presja to zawsze dobra opcja. Więc jaki był nasz poprzedni album? “=1” był lepszy niż ktokolwiek się spodziewał. Więc wytwórnia stwierdziła, że możemy teraz zrobić jeszcze lepszą płytę. Kujcie żelazo póki gorące! Tak mawiamy w Anglii. I w sumie zanim się tego wszystkiego dowiedzieliśmy, byliśmy już w Nashville i robiliśmy kolejny album. Wspaniałe doświadczenie. Opowiem Ci taką historię. Graliśmy w Japonii. Japonia jest zawsze wspaniała. Potem mieliśmy koncert w Seulu, w Korei Południowej. Został dodany w ostatniej chwili, jakieś trzy tygodnie przed jego rozpoczęciem. I jak było? 8000 ludzi! A większość z nich w wieku poniżej 20 lat. To były dzieciaki. I serio, zastanawialiśmy się co z tego będzie? Ale oni znali wszystkie kawałki, wszystkie słowa. Wspaniała publiczność. Ale to była spora niespodzianka dla nas. I wiesz co? To jest coś, co sprawia że ten biznes to naprawdę cała masa frajdy, zwłaszcza kiedy dzieją się takie niespodziewane rzeczy jak ta.

Deep Purple podczas koncertu w Atlas Arenie, Łódź, 12.10.2022 – fot. Kinga Hendzel

RL: Don, powiedziałeś o fanach. Pogadajmy chwilę o nich. Wiesz, mam wrażenie że bycie muzykiem nieco zmieniło się na przestrzeni lat. Fani są teraz bardziej wymagający, chcą nie tylko zobaczyć band na scenie, ale także poznać to wszystko niejako “od kuchni” – kulisy produkcji, spotkać muzyków osobiście, dostać autograf czy zrobić fotkę na social media. Jesteś w tym biznesie już długi czas, czy czujesz że bycie muzykiem znanego bandu w dzisiejszych czasach jest bardziej wymagające? 

DA: Tak, zdecydowanie jest inaczej ale i my staliśmy się bardziej tolerancyjni. Wiesz, jesteśmy teraz częścią muzycznego mainstreamu. Ale 30 lat temu, to było podziemie. Kiedy koncertowałem z Ozzym (Osbourne’m – przyp. red.), nie mogliśmy liczyć na pobyt w luksusowych hotelach – zwykle zatrzymywaliśmy się w jakiś wakacyjnych kurortach na obrzeżach miasta. Ale teraz jesteśmy częścią przemysłu. Czasy się zmieniły. No i przyznam, że to naprawdę wspaniałe. To miłe kiedy ludzie chcą się z Tobą spotykać, szanują Cię. 

RL: Czyli lubicie spotkania z fanami? 

DA: Tak, zdecydowanie. Wiesz, to wspaniała rzecz, bo tak naprawdę nigdy wcześniej nie mieliśmy okazji się z nimi spotykać. Wiadomo, fani zawsze byli, my także byliśmy, ale nigdy się nie spotkaliśmy. A teraz mamy taką możliwość i te spotkania są naprawdę świetne. Spotykasz masę wspaniałych ludzi i to o co pytają jest naprawdę miłe, oni wszyscy wiedzą o czym mówią. Wielokrotnie pytali mnie o rzeczy, o których po prostu lubię opowiadać. Wiesz, rzeczy typu: jaki był Ozzy? Albo jaki był Gary Moore? Rzeczy tego typu. 


Fot. Don Airey z autorem

RL: Wspomniałeś o Ozzy’m i Gary’m, czyli muzykach z którymi współpracowałeś na przestrzeni wielu lat swojej bogatej kariery. Chciałem Ci teraz zadać pytanie z gatunku tych trudnych: nagrałeś wiele wspaniałych płyt. Jesteś w stanie wskazać która jest Twoją ulubioną? Albo z której jesteś najbardziej dumny?

DA: Tak, jestem naprawdę dumny chociażby z “Down To Earth”. Tak jest. Wiesz, to wielki album. Nie tylko ze względu na to, że nagrałem świetne klawisze. Znów, to był zespół. Graliśmy razem jak prawdziwy zespół, zwłaszcza kiedy Roger przejął temat basu. Ta płyta wciąż brzmi wspaniale, po dziś dzień. Więc jestem z niej naprawdę dumny. Album Whitesnake “1987”. To też dobra rzecz. Wiesz, to naprawdę miłe kiedy zdasz sobie sprawę, że zrobiłeś rzeczy które ludzie pamiętają i to wszystko nie było daremne. 

RL: Wskazałeś ciekawe rzeczy, choć myślałem że wspomnisz chociażby o intrze do “Mr Crowley” Ozzy’ego Osbourne’a – ten motyw jest bardzo charakterystyczny i fani wciąż go uwielbiają.

DA: Cóż, byłem tam raptem kilka dni. Wciąż byłem członkiem Rainbow i nie bardzo mogłem robić to oficjalnie – nie wiem czy ludzie w Rainbow byliby szczęśliwi że to robię, więc musiałem działać po cichu. Tak czy siak, zagrali mi ten kawałek, “Mr Crowley”. Ozzy powiedział: potrzebujemy jakieś intra. Odparłem: ok. I zacząłem. Powiedziałem do nich: idźcie stąd. Wiesz, oni wszyscy tam siedzieli, za stołem mikserskim: Randy, Bob, Lee, Ozzy (Randy Rhoads, Bob Daisley i Lee Kerslake – przyp. red.) No i inżynier, Max Norman. Miałem włączone klawisze. Ale powiedziałem im: słuchajcie, musicie wyjść, zostawcie mnie sam na sam z Maxem. Dajcie mi pół godziny i zobaczymy co wymyślę. No i zacząłem sobie grać. Wtedy wrócił Ozzy. Mówię mu: hej, jeszcze nie skończyłem. A ten: oj, przepraszam. Wrócił ponownie za jakiś czas, a ja zagrałem mu to co wymyśliłem. A on na to: to brzmi jakbyś był podłączony do mojej głowy! Odparłem: to dobrze. W takim razie w porządku!

RL: Uwielbiam takie historie, Don! A wiesz że nie dalej niż tydzień temu miałem okazję pogadać chwilę z Ripperem Owensem, byłym wokalistą Judas Priest? Wspominał o Tobie i o Waszej współpracy przy albumie “Demolition”. 

DA: No tak, wydaje im się że to pamiętam.

RL: “Demolition” to płyta, na której nagrałeś dość specyficzne partie syntezatorów, bardzo “robotyczne”, mechaniczne. 

DA: To zabawne, bo nie miałem raptem kilka dni żeby ogarnąć ten album. Nie pamiętam zbyt wiele z tej sesji, powiedziałem chłopakom: po prostu podeślijcie mi kawałki. Cokolwiek wymyśliłem, to była bardzo szybka akcja. Miałem wtedy wiele rzeczy do roboty i powiem Ci, że nawet zapomniałem że to nagrałem. Ale to często najlepsza opcja. Wiesz, masa świetnej muzy powstaje właśnie w ten sposób. Rzeczy nad którymi siedzisz godzinami są naprawdę straszne. Rzeczy które robisz w kilka minut, zwykle są uwielbiane i zostają zapamiętane. Zabawne że tak to działa.

RL: Don, na koniec chciałem zadać Ci trudne pytanie. Czy czasami masz z tyłu głowy że jesteś obecnie w Deep Purple na miejscu człowieka legendarnego, jakim niewątpliwie był Jon Lord? Nie chcę tu uderzać w zbyt patetyczne tony, ale czy granie partii Jona nie bywa czasem dla Ciebie trudne z racji tego, jak wielką legendą się stał? 

DA: Nie. To znaczy, nauczyłem się wiele dość późno. Słuchałem Jona. I znałem go. Wiesz, to był przyjaciel. Ale rozmawialiśmy raczej jakoś raz na rok. Wiesz, Jon to był szef. I my, klawiszowcy, dzwoniliśmy do Jona raz na rok i raportowaliśmy mu co robimy. A potem: jak się miewasz, Jon? To był naprawdę kochany człowiek. No i rzecz jasna, wspaniały muzyk. Pamiętam jak pierwszy raz grałem zamiast Jona. Po 10 sekundach na scenie z Purple czułem się jakby ktoś przyłożył mi drewnianą dechą w potylicę. I zrozumiałem, że ja nie mogę być jak Jon. Muszę być… sobą. Nie sądzę aby ktokolwiek mógł być Jonem. Nie mam bladego pojęcia jak Jon robił to co robił. On był kimś więcej, wiesz? Wydaje mi się że to kwestia osobowości. 

Rozmawiał: Marcin Puszka

Specjalne podziękowania dla Marcina z Open Eye PR za możliwość przeprowadzenia wywiadu!

Exit mobile version