„W każdej chwili mogę przestać istnieć”. O życiu i śmierci w Dzień Zaduszny

EAttachments98429729ca0509f6a1a57bd3179cfb89622a247 xl 1

1 listopada odwiedzamy cmentarze, zapalamy znicze, składamy kwiaty na grobach bliskich. Dzień później, 2 listopada, Kościół katolicki obchodzi Dzień Zaduszny, czyli wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych. To dzień szczególnej pamięci o tych, którzy odeszli, ale także refleksji nad przemijaniem, śmiercią i tym, co – zgodnie z chrześcijańską wiarą – czeka człowieka po śmierci.

Czym właściwie jest Dzień Zaduszny? Czym różni się od uroczystości Wszystkich Świętych? Dlaczego modlimy się za zmarłych i jakie znaczenie ma ta modlitwa? – o tym Wojciech Brakowiecki rozmawia z gościem, księdzem profesorem Rafałem Pastwą z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.

Wojciech Brakowiecki: Księże profesorze, pomimo tego, że jakoś tak się utarło w tradycji albo może w powszechnym podejściu, to cmentarze najczęściej i najliczniej odwiedzamy we Wszystkich Świętych, 1 listopada, ale to drugi to Dzień Zaduszny.

Ks. prof. Rafał Pastwa: Te dwa dni mają zupełnie inny charakter. Pierwszy dzień jest dniem uroczystym, to jest uroczystych Wszystkich Świętych, dzień radosny, kiedy wierzący cieszą się, celebrują świętość tych, którzy poszli za Jezusem. Drugi listopada jest dniem refleksji, dniem zadusznym. Tradycja modlitwy za zmarłych sięga już Sewilli, to jest VII wiek, a potem klasztory benedyktyńskie, od Cluny po inne, gdzie modlono się za zmarłych braci. Potem ten zwyczaj rozszerzył się na cały Kościół. Tutaj możemy znaleźć bardzo wiele śladów również przedchrześcijańskich, tych tradycji, które do nas dotarły. W naszym przypadku tradycji Słowian, także Słowian Zachodnich, ale nie tylko, gdzie na rozstajach dróg, także często w miejscach niedostępnych palono ogniska. Wiązało się to także z odwiedzeniem żalników. W tej tradycji chrześcijańskiej wierzono w obecność zmarłych po śmierci, stąd dzisiaj Dzień Zaduszny.

WB: Ta teraźniejszość, która wygląda zupełnie inaczej od tego, co ksiądz przed momentem powiedział. Proszę mnie wyprowadzić z błędu, jeśli tak nie jest, ale patrząc z zewnątrz to element modlitwy chyba czasem trudno znaleźć na cmentarzu. Bardziej to są spotkania, pogawędki, oczywiście wspomnienia też. A to wszystko w anturażu wieńców, kwiatów, zniczy.

RP: Rozmów nad doczesnością, doczesnych rozmów, bo życie ma to do siebie, że jest silniejsze niż śmierć, to dążenie do celebracji życia. Ale z modlitwą pan redaktor słusznie zauważył, że jest trochę gorzej także, tak jak podczas różnego rodzaju obchodów, świąt w domach, czy podczas Wielkanocy, śniadania wielkanocnego, czy przy wigilijnym stole. To jest taka perspektywa trochę postreligijna. Nie w tym sensie, że religia się kończy, ale ona zmienia swoją funkcję, zmienia się stosunek do religii w społeczeństwach zachodnich. Trudno dzisiaj zmierzyć, na ile jest to perspektywa wiary i ludzie idą kierowani wiarą, modlitwą, a na ile jest to zachowanie tradycji religijnej, która ubogaca także od strony estetycznej, ale nadaje przynajmniej jakiś szczątkowy sens naszemu życiu. Badania pokazują, że nie wszyscy katolicy, także w Polsce, wierzą w zmartwychwstanie. Więc można by zadać pytanie, dlaczego idą na cmentarz? Dlaczego idą do kościoła? Chodzi o to, że jest tradycja, która nadaje sens. Wyjście poza ten kanon tradycji, zwyczaju, powoduje, że jesteśmy niejako na marginesie, a potrzeba przynależności też jest istotna. Przynależności do grupy, do wspólnoty, do kultury. Ja bym tego nie krytykował, nie potępiał. Zmienia się ta perspektywa.

CZYTAJ: „Cmentarz uczy nas pokory”. Dziś Dzień Zaduszny

WB: Bardzo dobre jest to, że jednak pierwszego czy drugiego coś, nie wiem co, mobilizuje dziesiątki tysięcy osób, żeby nawet jechać setki kilometrów po to, żeby zapalić świeczkę.

RP: Jest to fenomen i na pewno chodzi o poszukiwanie sensu, religijnego czy życiowego. Trudno mi tutaj wyrokować. Natomiast jest to fenomen, że nawet z zagranicy tak licznie Polacy przyjeżdżają na te dni. Nasze cmentarze są pełne, groby są oświetlone, przybrane. Można to być może jakoś łączyć z tym, że ludzie bardziej zaczęli dbać o historię własną, historię przodków, szukanie takiej tożsamości, kim jestem, kim był mój przodek, co zrobił, gdzie się urodził. Choć nadal na większości nagrobków jest informacja o dacie śmierci szczegółowa i wiek, ile ktoś przeżył, ile lat żył. Bardzo rzadko nadal spotyka się te dwie daty, datę urodzenia i datę śmierci, które jak klamra spinają całe życie człowieka, nie tylko ten ostatni moment. Poszukiwanie sensu, myślę, że jest nam koniecznie niezbędne, zwłaszcza w świecie, który jest naznaczony dynamiczną przemianą. Religia nie stanowi już takiego jednego spoiwa, sensu, jak niegdyś. Ale te miejsca, także wydarzenia śmierci, cmentarze, one stanowią jakąś tajemnicę i są tą przestrzenią kontaktu ze światem, którego nie widzimy na co dzień, który jest dla nas nierozpoznany, którego nie rozumiemy, którego nie widzimy. Siłą rzeczy trzeba byłoby się wysilić albo naprawdę bardzo radykalnie, docześnie podejść do tych wydarzeń, żeby nie pomyśleć o swoim przemijaniu, o tym, że jednak lata lecą i człowiek jest kruchy. Że będę następny. W mojej generacji już się mówi o tym, gdzie ktoś będzie pochowany, gdzie chce być pochowany. To jest taka świadomość też pozostawienia po sobie czegoś. Nasi zmarli odchodzą, zostawiając wszystko po sobie. My jesteśmy ich jakimiś dłużnikami. Spadkobiercami, bo nikt nie zawdzięcza sobie wszystkiego. To jest nieprawda. A jednocześnie trzeba sobie uświadomić, że otrzymaliśmy jakieś podstawowe, może nie wszyscy, ale podstawowe zasoby, które pozwoliły nam iść dalej. To jest refleksja nad tym, jaki mam stosunek do drugiego człowieka, także na drodze. Bo to, co jest kluczowe, gdybyśmy byli tak mocno inspirowani religijnie i ta religijność popychała nas do wrażliwości, to na drodze zachowywalibyśmy się delikatnie, subtelnie, uczciwie, skoro jedziemy na modlitwę na groby bliskich. To samo w kontekście modlitwy. Nie jest sztuką pojechać na cmentarz czy do kościoła i zaparkować w miejscu niedozwolonym. Albo jechać na modlitwę, uczestniczyć w modlitwie, a jednocześnie być człowiekiem, który nie dba o słabszych. O ludzi, o zwierzęta, o całe stworzenie. Te ostatnie dni, także inne wydarzenia wokół nas, pokazują, jak to wszystko jest kruche, jak to wszystko jest zmienne. Więc ta refleksja nad przemijaniem, ona mogłaby ustawić dużo więcej proporcji.

WB: A ta refleksja, albo to, że spotykamy się na cmentarzach i palimy znicze, zostawiamy kwiaty, to jest takie solidarne działanie. Bardzo często, zarówno osób wierzących, jak i tych bez łaski wiary.

RP: Dobrze, że tak jest, że pamiętamy o grobach. Ja wspomniałem w jednym miejscu, że w mojej rodzinnej parafii jest cmentarz w Rybitwach, bo w Józefowie nie ma, bo tam był klasztor bernardynów, więc nie było cmentarza parafialnego i parafii. I na tym cmentarzu jest też grób żołnierzy z okresu pierwszej wojny światowej. Oni są pochowani obok siebie. Są krzyże prawosławne, są Austriacy, są groby bezimienne często. I to było tak, że jak byłem dzieckiem, to zawsze się prosiło rodziców, żeby dali znicz, żeby zapalić na grobie, na którym się nic nie paliło. I taka była mentalność dziecka. I to dzieci zapalały przeważnie te świece. A w późniejszym okresie, kiedy już byłem uczniem szkoły średniej to chodziliśmy sprzątać te groby. Także mogiły powstańców w lesie. Nie wiedziałem, kim są ci ludzie, ale po prostu był taki odruch, żeby żaden grób nie został bezimienny. I mówi się o tym, że człowiek umiera trzy razy. Pierwszy raz, kiedy rzeczywiście jest to ostatnie tchnienie. Ustają funkcje życiowe, ustaje praca mózgu. Potem, kiedy następuje pogrzeb, złożenie ciała do grobu. I ta trzecia, definitywna, kiedy po raz ostatni wymawia się imię tego człowieka. I tutaj dotykamy właśnie tego zmartwychwstania, jak pisał Ratzinger we „Wprowadzeniu do chrześcijaństwa”, że można żyć na dwa sposoby. Bez końca, to znaczy w pamięci i w potomnych. Czyli także ten zestaw genów, który otrzymujemy. Nasi przodkowie są w nas. Ta pamięć może być w nas, w fotografiach, we wspomnieniach, w zapiskach, w notatkach, w portretach, a nawet właśnie poprzez spadek, w jakimś miejscu, ziemi, domu, mieszkaniu. No i wreszcie życie w kimś, kto jest większy od nas. Kto jest nieprzekraczalny, a więc w Bogu.

WB: Odczytuję w tych słowach księdza pewnego rodzaju nadzieję.

RP: Trudno powiedzieć, czy nadzieja możliwa jest bez smutku, bez trudu. Pewnie nie. Sam jestem w takim momencie. Przed kilkoma miesiącami odszedł od nas tato. Trudny moment. I rzeczywiście miałem taką refleksję, ale też kilkukrotnie prosiłem osoby, które były w otoczeniu grobu, akurat moich dziadków, o chwilę ciszy, żebym mógł się skupić i pomodlić, bo było bardzo trudno. Więc z tym mam problem. Z tym, że na cmentarzach jest jednak zbyt głośno, że to nie sprzyja modlitwie, że to nie sprzyja refleksji. Słychać było rozmowy o sporcie, o trybunale, o tym, co robią dzieci i wnuki, planach na przyszłość. To jest życie. Ale jednak. Trudno mi było się skupić i mówię o tym nie dlatego, że jestem księdzem, teologiem, medioznawcą. To nie o to chodzi. Mam świadomość, jak cisza jest niezbędna, ale myślę, że wiele osób nie ma tej odwagi, żeby poprosić o… No właśnie, mówimy o poproszeniu. O to, żeby się móc pomodlić i skupić w tym wszystkim. Żeby zauważyć też tego drugiego człowieka, który przeżywa żałobę, bólu rozstania, bo cmentarz jest miejscem magicznym. On daje spokój. Zresztą o zmarłych możemy myśleć i modlić się za nich w tych miejscach, w których się spotykaliśmy, do których spacerowaliśmy, czy które były odwiedzane. Czy w momencie właśnie zetknięcia się z jakimiś artefaktami z przeszłości. Chociażby w refleksji, czy w rozmowach z dziećmi, wnukami, które może słabo pamiętają dziadków czy pradziadków. Było to powiedzenie, że o zmarłych mówi się dobrze albo wcale. Teraz nawet o zmarłych padają słowa bardzo trudne i bolesne, ale myślę, że to jest przejaw tego, że żywi żywych nie szanują i to się przenosi gdzieś dalej. Więc ta geneza tej refleksji, tych dni powinna być jakoś połączona z tym, co obecnie w kulturze, z tymi współczesnymi przemianami. I oczywiście religia się zmienia, podejście ludzi do religii, do świąt się zmienia, ale ja bym pracował i koncentrował się nad relacją do drugiego człowieka i do innych stworzeń, do innych istot żywych. Jak zabraknie nam wrażliwości i uświadomienia sobie, że ja nie jestem tutaj panem świata, nie jestem Bogiem, jestem kruchy i w każdej chwili mogę po prostu przestać istnieć, no to wtedy się zmieni ta perspektywa. Więcej chyba łagodności, delikatności, to też te święta nabiorą innego charakteru.

WB: Ksiądz profesor Rafał Pastwa, Katolicki Uniwersytet Lubelski.

RP: Dziękuję bardzo.

WB / opr. PrzeG

Fot. Piotr Michalski

Exit mobile version