Każdego dnia zostawiamy w Internecie tysiące śladów. Korzystamy z aplikacji, robimy zakupy, publikujemy zdjęcia, przekazujemy informacje o sobie. Coraz więcej o naszym życiu wiedzą firmy, instytucje, a także algorytmy sztucznej inteligencji. Tylko czy my sami wiemy, kto i w jakim celu wykorzystuje nasze dane? I czy rzeczywiście mamy nad nimi kontrolę?
O granicach prywatności, bezpieczeństwie naszych informacji i prawie do ochrony własnej tożsamości z prezesem Urzędu Ochrony Danych Osobowych Mirosławem Wróblewskim rozmawiał Wojciech Brakowiecki.
W inicjatywie „UODO rusza w kraj” chodzi o to, żeby szkolić, przestrzegać od najmłodszych lat?
– Dzisiaj wyzwania z zakresu ochrony danych osobowych, ochrony prywatności są powszechne, nie mają granic. Chcemy spotykać się osobiście z obywatelami, z inspektorami ochrony danych, z administratorami. Urząd nie ma swoich przedstawicielstw terenowych, dlatego od początku mojej kadencji jeżdżę po kraju, spotykam się, edukujemy. Mamy wieloletni program edukacyjny dla młodzieży szkolnej.
Jeśli chodzi o prywatność czy bezpieczeństwo w Internecie, właściwie codzienne przykłady dowodzą nam tego, jak wiele mamy jeszcze do zrobienia, nawet we własnym zakresie. Te lekcje przede wszystkim my sami musimy odrabiać.
– Musimy odrabiać te lekcje codziennie, dbać o swoją prywatność, dbać o higienę cyfrową, bo jesteśmy narażeni na różnego rodzaju zagrożenia. Dzisiaj mówimy o tym, że ulice są bezpieczne, ponieważ w dużej mierze przestępczość przeniosła się właśnie do sfery internetowej. Ona bardzo często bazuje na różnego rodzaju manipulacji, socjotechnice, czasem na naszej naiwności, czasem na naszym pośpiechu, a czasem na naszej naiwności, w takim sensie, że po prostu jesteśmy wykorzystywani, jeżeli nie jesteśmy świadomi, że jednak ostrożnie trzeba wyrażać zgodę, że nie wszystko musimy publikować w Internecie, że nie powinniśmy klikać podejrzanych linków. Tutaj trzeba byłoby wymieniać. Państwo pewnie jesteście tego w dużej mierze świadomi, ale tej wiedzy nigdy za wiele, tej ostrożności nigdy za wiele. Pośpiech jest przeważnie złym doradcą. Dbając o siebie w sieci, jesteśmy po prostu bezpieczniejsi, nie tylko jako obywatele, ale jako całe państwo.
Umieszczamy zdjęcia swojej rodziny, dzieci w Internecie, wierząc w to, że to jest tylko dzielenie się dobrymi informacjami – szczęściem, radością, wspomnieniami z wakacji. Tymczasem zdjęcia, które dla nas są cenne, dla kogoś innego mogą stać się zupełnie inną pożywką.
– Tak, umieszczenie zdjęć w sferze publicznej nie oznacza od razu, że one są dostępne dla każdego, bo ich dalsze wykorzystanie jest obwarowane przepisami prawa. Powinna następować wyraźna zgoda danej osoby na wykorzystanie wizerunku. Pod względem prawa jesteśmy chronieni, tylko oczywiście czasem trudno jest, mówiąc krótko, znaleźć tego administratora, który takimi zdjęciami potem dysponuje. Mamy prawo do żądania usunięcia naszych danych, czyli np. usunięcia wizerunku, jeżeli jakaś firma by takie zdjęcie wykorzystała. W sytuacji, kiedy mamy miliony czy miliardy użytkowników w Internecie, niestety w praktyce jest to trudne. Często tracimy kontrolę nad naszym wizerunkiem, jeżeli zamieścimy go w Internecie. Tym gorzej, jeżeli dotyczy to dzieci, bo oczywiście niestety ich wizerunek, ich zdjęcia mogą być wykorzystane także do celów przestępczych, bardzo niecnych. Więc ta powściągliwość jest dziś jak najbardziej wskazana. A to, że nasz wizerunek jest wielką wartością, to także kwestia jego wykorzystania np. w różnego rodzaju reklamach. Dzisiaj wielkie platformy niestety na tym zarabiają, bardziej w odniesieniu do wizerunku osób znanych, publicznych, ale dzisiaj każdy może bardzo szybko stać się wiralem. Platformy ten wizerunek monetyzują, a zmanipulowany przez algorytmy sztucznej inteligencji w postaci deepfake’u, jakiegoś scamu, może także służyć do manipulowania innymi ludźmi. Więc bądźmy tutaj zdecydowanie bardziej ostrożni, jeżeli publikujemy i zamieszczamy swoje zdjęcia w Internecie.
To jest bardzo ciekawy wątek, bo konia z rzędem temu, kto nie zetknąłby się z tym, że powstaje jakiś fałszywy profil na portalu społecznościowym z wizerunkiem znajomego, czy to, o czym pan wspomniał, wizerunek czy głos znanych osób jest wykorzystywany np. do jakiejś fejkowej reklamy.
– Tak, niestety jest to prawda. Reuters opublikował raport, że 10% przychodu Big Techów, wielkich platform, pochodzi właśnie z tego typu clickbaitowych reklam. To po pierwsze. Po drugie, to jest często działalność o charakterze przestępczym. Niestety dzisiaj organy ścigania w naszym kraju nie chcą stosować przepisów, które dotyczą ścigania karnego naruszeń ochrony danych osobowych. Dzieje się to bardzo rzadko, pomimo wielu składanych zawiadomień przez obywateli, także przeze mnie. Na szczęście wzorem innych krajów, nie tylko i wyłącznie europejskich, ale także Stanów Zjednoczonych, które niby uchodzą za kraj liberalny, jeżeli chodzi o regulowanie sztucznej inteligencji, akurat TAKE IT DOWN Act bardzo ostro penalizuje właśnie tego typu wykorzystanie danych osobowych i manipulację np. wizerunkiem dla celów seksualnych, tzw. deep nude, po to, żeby szantażować inne osoby, po to, żeby po prostu wykorzystywać do celów przemocowych, często różnego rodzaju porachunków. Zaprezentowany został projekt, dzisiaj konsultowany, wprowadzający odpowiednie przepisy karne. Oczywiście diabeł tkwi w szczegółach, wkrótce będziemy opiniować ten projekt, ale dobrze, że on się pojawił, bo rozwiązania, które mamy, oznaczanie, wymóg wynikający z art. 50 aktu o sztucznej inteligencji, w moim przekonaniu nie są wystarczające.
Jeszcze jedna bardzo istotna rzecz, z którą w ostatnich tygodniach, miesiącach również mieliśmy do czynienia, czyli wyciek bardzo wrażliwych danych, a mówię o danych medycznych. Co w takiej sytuacji? Czy jesteśmy rzeczywiście wystarczająco dobrze chronieni? Czy mamy pewność, że te bardzo wrażliwe dane dotyczące naszego zdrowia, naszych chorób, leków, które przejmujemy, są wystarczająco dobrze chronione?
– Niestety na całym świecie następują cyberataki. Często dotyczą one baz zawierających setki milionów danych, jak baza praw jazdy w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych. Dotyczy to niestety także Polski. Mamy kilka już wycieków danych po kilkanaście milionów, po kilka milionów. Widać, że są problemy w firmach, które wykonują usługi tzw. aplikacji gabinetowych na rzecz przychodni lekarskich. We wszystkich tych podmiotach przeprowadziliśmy kontrole albo właśnie przeprowadzamy i oczywiście będziemy prowadzić odpowiednie postępowania. W najbliższym czasie będziemy finalizować także już przeprowadzone postępowania administracyjne, które niestety będą się kończyć prawdopodobnie karami administracyjnymi. Nie ma innej możliwości niż skuteczne egzekwowanie przepisów, bo administratorzy i podmioty przetwarzające na ich zlecenie dane osobowe, w szczególności dane medyczne, muszą dochowywać standardów zgodnych z regułami sztuki, czyli zabezpieczać przede wszystkim pod względem informatycznym, organizacyjnym, także ludzkim nasze dane, żeby były one bezpieczne. Te dane, które zostały ostatnio wykradzione, na szczęście nigdzie dalej nie wypłynęły, ale niebezpieczeństwa są duże.
Tu rodzi się kolejne pytanie: co w sytuacji, kiedy te dane zostaną wykorzystane?
– Pewne środki można podjąć samemu, to znaczy oczywiście oprócz tych wymagań, które organ nadzorczy, Urząd Ochrony Danych Osobowych podejmuje w stosunku do podmiotów, to także ta higiena cyfrowa, o której mówiliśmy wcześniej, to także zastrzeżenie numeru PESEL, bo to rzeczywiście chroni przed stratami o charakterze finansowym, To powinien być standard. Nie mamy dzisiaj w Polsce domyślnego zastrzeżenia numeru PESEL, ale naprawdę z powodów ostrożnościowych, nie tylko i wyłącznie osoby, które na przykład otrzymały komunikat o wycieku danych, ale generalnie namawiam każdego do zastrzeżenia numeru PESEL, bo to jest rozwiązanie bezpieczne. Możemy naprawdę bardzo szybko ten numer odstrzec, jeżeli potrzebujemy dokonać jakiejś transakcji, a to nas rzeczywiście chroni. Ale higiena cyfrowa, czyli ta ostrożność, i tak powinna następować. Niestety jesteśmy dzisiaj na wolnym rynku, są różnego rodzaju firmy, my te dane powierzamy tym firmom, powierzamy je także państwu. Można minimalizować zagrożenia, ale jedno jest pewne: Polska jest jednym z najbardziej atakowanych państw na świecie i nie ma systemów w 100% bezpiecznych. Niestety tak jest. Tak jak nie jesteśmy w stanie w 100% zabezpieczyć się na drodze, tak samo w sferze cyfrowej. Należy robić jak najwięcej. Moim zdaniem należy przeznaczać miliardy nie tylko i wyłącznie na kupowanie czołgów, ale także na kupowanie bezpiecznych systemów informatycznych, aktualizowanie tych systemów, bo to jest kwestia także zaufania do przetwarzania danych, zaufania pacjentów do systemu ochrony zdrowia, który dzisiaj nie tylko i wyłącznie leczy pacjentów, ale powinien chronić ich dane zdrowotne.
Zaczynamy jednak od siebie.
– Zaczynamy od siebie, wymagamy od państwa, wymagamy od urzędów, które chronią nasze dane, wymagamy od firm, którym powierzamy ochronę swoich danych, ale musimy pamiętać także, że my jesteśmy elementem tego systemu samoobrony danych osobowych.
WB / opr. WM
Fot. Cyprian Bartosiewicz
