Rekordowa rekrutacja na Uniwersytecie Medycznym w Lublinie. O około 70 procent wzrosła liczba kandydatów na studia medyczne. Uczelnia wskazuje, że wynika to nie tylko z podwójnego rocznika, ale także z dużego zainteresowania medycyną. Jednak, jak wskazują specjaliści, nie wpłynie to na liczbę lekarzy zatrudnionych w szpitalach ani na wydłużające się kolejki do specjalistów.
Dlaczego nie ma korelacji pomiędzy rekrutacją na studia a sytuacją w systemie ochrony zdrowia? O tym mówi doktor Grzegorz Pietras z Lubelskiej Izby Lekarskiej.
– Wykształcenie lekarza zajmuje czasem kilkanaście lat. To, że my dzisiaj przyjmiemy dwa razy więcej studentów, to nie znaczy, że jutro kolejki zmaleją. Proszę sobie wyobrazić, że studia na wydziale lekarskim trwają sześć lat. Powiedzmy, że większość skończy w ciągu sześciu lat. Potem rok stażu podyplomowego, kiedy to jest takie pierwsze wprowadzenie do zawodu. A potem specjalizacja. Zanim ktoś zostanie neurochirurgiem, ginekologiem, okulistą, to ma od pięciu do sześciu lat specjalizacji, jeśli w najkrótszym czasie ją zrobi. A więc proszę teraz to zsumować. To jest około dwunastu lat pracy, zanim będziemy mieli najmłodszego, bardzo świeżego specjalistę w zawodzie. Więc nie spodziewajmy się, że kolejki natychmiast zostaną zredukowane.
CZYTAJ: Przedłużony areszt dla podejrzanego o zabójstwo rosyjskiego artysty w Białej Podlaskiej
– Muszę to przyznać, że u nas nie ma takiej polityki zdrowotnej, którą na przykład widziałem, będąc w Heidelbergu, kiedy rozmawiałem z lekarzami kas chorych niemieckich, gdzie pokazywano nam, że tam planują, że za dziesięć lat osiągną pułap wystarczający lekarzy i lekko zaczną go przekraczać – tłumaczy Grzegorz Pietras. – Oni właśnie liczą paręnaście lat do przodu, bo wiedzą ilu studentów przyjęli na pierwszy rok. Oni tam unaocznili, ile to lat w przód trzeba planować i że nie da się tego załatwić taką jedną decyzją administracyjną, że przyjmiemy więcej i jutro kolejki zmaleją.
– To jeszcze wymaga większego, dokładniejszego planowania – dodaje dr Pietras. – Jak słyszę, że w jakiejś małej jednostce administracyjnej w Holandii zorientowano się, że dwoje lekarzy specjalistów na oddziale szpitalnym, to są dwie kobiety, za pięć lat przejdą na emeryturę, to postanowili, że dwa miejsca specjalizacyjne otworzą w tym kierunku, żeby za pięć lat mieć specjalistę. Więc u nas się chyba tak nie planuje. U nas, jak widzę, że są specjalizacje preferowane przez ministerstwo, to na przykład w ortodoncji to jest jedno miejsce specjalizacyjne na cały kraj.
Czy zwiększenie liczby miejsc na studiach medycznych poprawiłoby sytuację?
– Nie można tego zwiększać tak sobie nagle, że dwa razy zwiększymy, tylko trzeba to robić naprawdę planując na dziesięć lat w przód – uważa Grzegorz Pietras. – Należy zoptymalizować pracę lekarzy. Przejrzeć to jak ona jest zorganizowana. Dołożyć osoby, które będą wspierały lekarzy, a więc statystyków medycznych, sekretarki medyczne, żeby w biurokracji lekarzy wyręczały. Wykwalifikowany personel średni, pielęgniarki i asystenci lekarza, w innych krajach jeszcze jest takie stanowisko. Ratownicy, którzy mogą odciążyć w części pracy z pacjentem. Trzeba by przejrzeć, jakie są zadania lekarzy rodzinnych, żeby nie każdy pacjent, którego boli brzuch, sobie sam decydował, czy on idzie do urologa czy do ginekologa, czy do proktologa, tylko żeby poszedł do lekarza rodzinnego. Żeby lekarz rodzinny był takim strażnikiem tej furtki, która dopiero koordynuje to, bo pacjent sam tego nie ogarnie. Jeżeli ma ból brzucha i wykluczył urolog, że to nie jest powiedzmy kamica czy choroba układu moczowego, żeby to lekarz rodzinny dalej skierował do ginekologa, jeśli to kobieta, żeby wykluczył przyczyny ginekologiczne. Potem na przykład do kolonoskopii, żeby wykluczyć na przykład problemy z przewodem pokarmowym. Potem, żeby zbadać kręgosłup, czy to problemy nie są jakieś neurologiczne. A nie, że pacjent sam sobie wybiera, że pójdę do jakiegoś specjalisty krótką ścieżką, bo to nie ma sensu.
Czy można to porównać do takiej metafory wiadra, z którego wylewa się woda i my dolewamy cały czas do niego wodę, ale nie naprawiamy samego wiadra?
– To bardzo poetyckie, ale tak może być – śmieje się dr Pietras. – Niestety tak jest, że system jest niewydolny, a my próbujemy właśnie łatać nie te dziury, które potrzeba.
CZYTAJ: Lepsze posiłki i większa dbałość o higienę. Co nowego w szkole?
Kadra się starzeje, ale także społeczeństwo się starzeje, więc te potrzeby jeszcze będą rosnąć.
– Oczywiście, to jest truizm, tym bardziej, że jeszcze, nad czym bardzo boleję, trwa straszna nagonka na lekarzy. Próbuje się ich obarczać odpowiedzialnością za te problemy, które są w systemie. A to nie lekarze decydują o tym, jak jest prowadzona polityka zdrowotna, jak NFZ kontraktuje świadczenia, gdzie nie płaci za nadwykonania. Więc lekarze, którzy mogliby więcej pracować, nie mogą, bo nie mają kontraktu na takie badania. Z drugiej strony, wycena niektórych procedur jest horrendalna, że dochodzi do takich paradoksów, że pojedynczy specjaliści mogą szpitalowi na przykład przynosić olbrzymie dochody, wykonując pewne procedury. Dzięki temu zarabiają jakieś miliony, a duża większość lekarzy zarabia minimalną płacę. Minimalną płacę oczywiście dla lekarza, bo to nie jest to samo, co minimalna w kraju.
Najbardziej poszkodowane będą także te szpitale małe, regionalne, powiatowe.
– Tak, dlatego, że dalej jest prowadzona „wolna amerykanka”, bo szpitale małe próbują robić procedury, które się opłacają, a nie idzie za tym polityka zdrowotna. W małych szpitalach powinny być oddziały podstawowe, interna, pediatria, chirurgia, a specjalistyczne oddziały i specjalistyczne zabiegi powinny być robione w dużych szpitalach. Jeżeli w mojej dziedzinie jest szpital, który ma rocznie 100 do 300 porodów, no to jakie nakłady tam muszą pójść na to, żeby utrzymać taki oddział, lekarzy ginekologów, położne, anestezjologów, pediatrów, którzy się tymi dziećmi na przykład po porodzie zajmą. Dużo lepsza byłaby opieka, jeśli duży oddział ginekologiczno-położniczy, niech on przyjmuje 4000 porodów i na pewno opieka będzie w nim lepsza.
Przykładem braku lekarzy jest m.in. Samodzielny Publiczny Wojewódzki Szpital Specjalistyczny w Chełmie. Jego dyrektor, Andrzej Jarzębowski, wskazuje, że obecnie placówka zmaga się z brakiem specjalistów w kilku dziedzinach m.in. pulmonologii, geriatrii oraz medycynie ratunkowej.
InYa / opr. PrzeG
Fot. pexels.com
