Mniej cukru i soli, a więcej warzyw i obowiązkowe dania roślinne – do szkół i przedszkoli weszły nowe zasady żywienia. To efekt rozporządzenia Ministerstwa Zdrowia, które obowiązuje od 1 września.
W skrócie ma być lepiej i przede wszystkim zdrowiej, a w dłuższej perspektywie ma zmienić nawyki żywieniowe Polaków.
Jak nowe zasady wyglądają w praktyce?
Piotr Chuszcz, szef kuchni, który przygotowuje posiłki dla dzieci, przekonuje, że nie oznaczają one rewolucji w kuchni.
– Dzisiaj na obiad jest zupa z czerwonej soczewicy i kotlet mielony wieprzowy z buraczkami i ziemniaczkami, czyli taki polski klasyk. Zdrowy i pieczony – mówi.
Jego zdaniem nowe przepisy nie są szczególnie trudne do realizacji. Większym wyzwaniem może być natomiast przekonanie dzieci do nowych smaków.
– Dla mnie to nie jest trudne ani coś dziwnego. Jeśli chodzi o potrawy ze strączków, to zobaczymy, jak będzie. Na ogół dzieci jadły u nas bardzo urozmaicone dania już od początku istnienia szkoły. Faktem jest, że teraz większy nacisk kładzie się na strączki, więc dzieci po prostu muszą je polubić – dodaje.
A jak zmiany oceniają rodzice i inni opiekunowie dzieci? Jedna z mieszkanek regionu zwraca uwagę, że większa ilość warzyw i owoców w szkolnych jadłospisach to dobry kierunek.
– Generalnie jestem za tym, żeby było więcej warzyw i owoców na stołówkach.
Nie wszyscy jednak są przekonani do dań przygotowywanych na bazie roślin strączkowych.
– Powiedzmy, że takie naleśniki z serem, które były na stołówce, stanowiły lepszą odmianę od jedzenia w domu, bo na przykład moja mama czasami zdrowo gotowała – mówi jedna z mieszkanek Lublina. Zapytana, czy zjadłaby na przykład potrawę z groszkiem lub innymi strączkami, odpowiada krótko: raczej nie.
Inny z rozmówców podkreśla natomiast, że dzieci potrafią szybko przyzwyczaić się do nowych smaków. – Mam dziecko w przedszkolu i żywi się ono tam bezmięsnie. Dzieci to jedzą. Nawet takie kotlety, które są zrobione na przykład z ciecierzycy, próbowałem i całkiem dobre to jest.
Do swoich szkolnych doświadczeń wraca natomiast kolejny rozmówca. Jak przyznaje, jako dziecko nie należało do zwolenników stołówkowego jedzenia. – Generalnie, kiedy chodziłem do szkoły, nigdy nie jadałem na stołówce, bo jako dziecko wybrzydzałem. Pewnie jednak jako dziecko wolałbym zwykłego kotleta niż tego z ciecierzycy czy soi – przyznaje.
RL: Jak wygląda wdrażanie tych zmian, czy coś było logistycznym wyzwaniem?
– W szkole od początku staramy się nadążać za trendami, ale też w taki sposób, żeby promować pewne nawyki żywieniowe – mówi Marek Błaszczak, dyrektor Zespołu Szkół nr 13 w Lublinie. – I problem, który widzimy jest taki, że jeżeli zbyt szybko zaczynamy wprowadzać zmiany, które w gruncie rzeczy nie są, że tak powiem, społecznie akceptowane, to możemy to misyjne działanie trochę zatracić. Jest jeszcze takie przyzwyczajenie.
RL: Promocja zdrowia jedno, a przyzwyczajenie dzieci z domu to drugie.
– I moja obawa jest taka, że to się skończy tym, że ktoś powie, że mu nie smakuje w szkole, bo jest niedobre i może zrezygnować z żywienia szkolnego – dodaje Marek Błaszczak.
Z punktu widzenia dietetyka najważniejsza jest natomiast nie sama forma potraw, ale ich wartość odżywcza.
– To, co jest właściwie najważniejsze z takiego dietetycznego punktu widzenia, to zwiększenie nacisku na wartość odżywczą posiłku – zaznacza Karolina Szczygieł, dietetyk, Zakład Dietetyki Klinicznej Uniwersytet Medyczny w Lublinie. – Na prawidłowe zbilansowanie tych posiłków, ograniczenie produktów o wysokim przetworzeniu, ograniczenie podaży cukru i soli. Tu dosyć mocno zmniejszono tę dopuszczalną zawartość cukru dodawanego na przykład w napojach czy w produktach mlecznych.
Zmiany nie oznaczają jednak całkowitej rewolucji w szkolnych kuchniach – przekonuje starsza intendentka Monika Ryszkowska. Jak wyjaśnia, część nowych zasad była już wcześniej stosowana.
– Rewolucji dużej nie ma. Tak naprawdę rewolucja jest tylko w tym, że jedno danie w ciągu tygodnia ma być typowo wegańskie, czyli bez żadnych odzwierzęcych składników i oczywiście musi być również z nasionami roślin strączkowych. I jeszcze dwie zupy muszą być tylko i wyłącznie na wywarze warzywnym. Natomiast u nas było to już to praktykowane, ponieważ mieliśmy zupy krem, więc one były bez użycia mięsa.
– Prawdą jest to, że rodzice czytają jadłospisy – mówi zastępca prezydenta Lublina do spraw oświaty i wychowania Mariusz Banach. – To jest ważne dla rodziców, co dzieci jedzą, natomiast te oczekiwania są bardzo różne. I prawdą jest to, że my ciągle mamy bardzo wielu rodziców, dla których obiad bez schabowego jest nieudany. Tutaj rzeczywiście potrzebna jest nam wiedza.
Jak przekonać dzieci do roślinnych zamienników mięsa?
– Dzieciaki, kiedy widzą takie duże nasiona soi, ciecierzycy czy grochu, mogą niechętnie po nie sięgać. Ale w sosie do spaghetti można ugotować na przykład zieloną soczewicę albo ciecierzycę, po prostu ją zmielić i potraktować jak mięso – podsmażyć, poddusić z cebulką i warzywami, dodać koncentrat i pomidory. Wtedy faktycznie w takim sosie wygląda jak mięso mielone. Można też przygotować kotlety – zmielić nasiona i połączyć je na przykład z ziemniakiem. Rozdrobnienie nasion roślin strączkowych sprawia, że są mniej widoczne, a przez to bardziej akceptowalne dla dzieci – zauważa Piotr Chuszcz.
– My jako środowisko dietetyczne bardzo pozytywnie oceniamy te zmiany, bo to jest bardzo ważny krok w kierunku poprawy jakości żywienia w środowisku szkolnym i w środowisku przedszkolnym. Ta organizacja żywienia jest miejscem, gdzie kształtują się nawyki żywieniowe, które później utrwalają się w dorosłym życiu – dodaje Karolina Szczygieł.
Wszystkie zmiany mają jeden cel: zdrowie najmłodszych. Nie chodzi tutaj przecież o to, aby kogoś zmuszać do soczewicy, ale o to by dać dzieciom dobrą energię i budować zdrowe nawyki, które zostaną z nimi na lata.
MaTo / opr. LisA
Fot. pexels.com
