The Ocean Collective to jedna z najciekawszych grup progresywnych młodego pokolenia. Niemiecki zespół zaczynał od instrumentalnego post-rocka, żeby potem zwrócić się ku klimatom post-hardcore’owym, post-metalowym a w końcu stworzyć swój unikalny styl, łączący metalowe uderzenie z brzmieniami wykraczającymi daleko poza ramy gatunku. W swojej karierze zawsze podchodzili bardzo ambitnie do tematyki albumów, opierając je na dość nietypowych wątkach: geologii, oceanologii czy koncepcjach antropocentrycznych i heliocentrycznych. Najnowsza płyta kolektywu z Berlina nosi tytuł „Solaris” i z miejsca zdradza, co mogło być tym razem główną inspiracją… Ale o tym opowie Wam już lider grupy, gitarzysta Robin Staps.
Radio Lublin: Robin, na dobry początek, chciałem zapytać o nazwę nowego albumu, “Solaris”. W materiałach promocyjnych wskazujecie, że bazą był film Andrieja Tarkowskiego, ale wydaje mi się, że hasło “Solaris” jest nieco bardziej związane z oryginalną powieścią polskiego pisarza, Stanisława Lema. Film i książka różnią się od siebie, ich środek ciężkości jest osadzony w innych miejscach. Dlaczego uznaliście, że to jednak film jest dla Was większą inspiracją?
Robin Staps: Cóż, Lem nienawidził tego filmu, prawda? To żadna tajemnica. Tak w zasadzie, to remake’u nienawidził jeszcze bardziej niż wersji Tarkowskiego. Ale z niej też nie był zbyt zadowolony. Dla mnie, zwykle gdy czytasz najpierw książkę a potem oglądasz film, czujesz się oszukany. Dlatego, że kiedy czytasz tworzysz pewne obrazy w swojej głowie. A potem okazuje się, że one nie bardzo do siebie pasują. I wiesz, czujesz się zawiedziony. Ale u mnie najpierw był film, do którego dotarłem dzięki Tarkowskiemu, którego jestem wielkim fanem. Więc zrobiłem to niejako naokoło. Kiedy przeczytałem książkę, stwierdziłem że nie była tak dobra jak film. Tarkowski posługuje się wieloma środkami, które trudno odtworzyć w literaturze. W filmie w pewnym momencie kolory nagle się zmieniają, wiesz, w środku filmu pojawia się coraz więcej odcieni niebieskiego. I to jest właśnie coś, czego po prostu nie da się odwzorować w książce. Dlatego też bardziej pociągał mnie film niż książka, choć oczywiście ta jest również wspaniała. Jestem fanem Tarkowskiego od bardzo długiego czasu. Płyta “Pelagial” bazuje na innym jego filmie, “Stalker”, więc to nie jest nasz pierwszy raz. Chciałem stworzyć album inspirowany “Solaris” już od jakiegoś czasu. Taki zresztą był roboczy tytuł materiału nad którym pracowałem już od jakiegoś czasu. Większość kawałków napisałem w okresie pandemii w 2021 roku, niemalże w tym samym czasie co “Holocene”. Ale najpierw skupiliśmy się właśnie na “Holocene”. A materiał na “Solaris” czekał od tamtego czasu na swój moment. I rok temu znów do tego usiedliśmy. Poczułem że to wciąż dość świeża rzecz i że to co powinniśmy zrobić teraz, to nagrać ten album z nowym line-upem i nową ekipą. “Solaris” był przez długi czas tytułem roboczym. Potem przeszliśmy przez wiele różnych propozycji na tytuł albumu, ale finalnie i tak skończyło się na “Solaris”. W zasadzie, to był najlepiej pasujący tytuł dla płyty, która przecież bazuje na filmie. Ale nie sądzę, że powinna być rozpatrywana w kategoriach soundtracku czy jakiejś filmowej chronologii. Ok, płyta jest inspirowana “Solaris”, ale niesie ze sobą znacznie więcej.
Radio Lublin: “Solaris” z marszu sugeruje, że tym razem opowieść będzie dotyczyła kosmosu. Dotychczas The Ocean był zespołem, który raczej badał ziemskie tematy – nawet jeśli patrzyliście w kosmos, jak chociażby na płycie “Heliocentric”, to wciąż z ziemskiego otoczenia, a tak zwykle skupialiście się na głazach, kamieniach, ziemi, czasem nurkowaliście w głąb oceanu, jak na “Pelagial”. Teraz polecieliście w kosmos, na obcą planetę. Ale! To planeta, w całości pokryta oceanem. Wybacz, ale jakoś nie wierzę w przypadkowość tego, że zespół The Ocean nagrał płytę o planecie oceanicznej.
Robin Staps: No tak, oczywiście, ma to sens: zespół o nazwie The Ocean nagrał płytę bazującą na filmie który traktuje o oceanie który okazuje się być pozaziemską formą inteligencji, która manipuluje za pomocą oceanu. Wiesz, wydaje mi się że to w dziwny sposób się ze sobą jakoś zgrywa. No nie mogło być bardziej pasującego tematu do koncept albumu. Dlatego też chciałem to zrobić od dawna. Myślę, że to ma koniec końców naprawdę dużo sensu. Ale ta płyta, jak dla mnie, siedzi w pewnej chronologii w stosunku do naszych poprzednich wydawnictw. To w zasadzie bezpośrednia kontynuacja “Holocene”. Ten album kończy się kawałkiem “Sub-Atlantic”, który jest czymś w rodzaju dystopii dla grupy osób którzy opuszczają ziemię, bo ta stała się nieprzyjaznym, nieobyczajnym miejscem – chcą znaleźć nowe miejsce do życia. Album kończy się wersem “prepare for departure”, czyli “przygotujcie się do odlotu”. I “Solaris” jest właśnie tym “odlotem”, to podróż, odlot z Ziemi, prosto na Solaris. Ale i tak kończy się powrotem na Ziemię. To opowieść o wyprawie na historycznym statku. Czerpaliśmy inspirację nie tylko z filmu “Solaris” i jemu podobnych futurystycznych czy retro-futurystycznych rzeczy, ale także z historii wielkich, ziemskich odkrywców z XVI, XVII czy XVIII wieku. Ludzi, którzy podróżowali by odkrywać, dla przykładu terytoria Ameryki Południowej. Ultima Esperanza to najbardziej wysunięta na południe prowincja w Chile. Ale też tytuł utworu na płycie. Vasco de Gama, Francis Drake, Magellan, wiesz, wielcy odkrywcy z przeszłości. Tak więc miesza się tu aspekt historyczny z klimatem science fiction. Ale wszystko to, to historie o odkryciach, eksploracji. Wyprawach do miejsc, w których nikt jeszcze nie bywał. I o motywacji, która za tym stoi. O pewnym czynniku. Wiesz, zwykle nie wybierasz się do miejsc w których nigdy nikogo nie było, bo nikt Ci wtedy nie pomoże. A tutaj masz marzenie, by zrobić to na przekór wszelkim przeciwnościom i niebezpieczeństwom które się z tym wiążą. Dla mnie to szalenie interesujące. Myślałem nawet o tym wczoraj. Tak naprawdę ciężko jest wejść w rolę tych historycznych odkrywców. Podróżowanie w dzisiejszych czasach jest mega bezpieczne, dokądkolwiek byś się nie udał. Ale dla nich było. Goście myśleli, że Ziemia ma kształt dysku i jeśli dotrzesz do jego krańca, spadniesz. Wiesz to a mimo to podejmujesz wyzwanie. Ładujesz tyłek na statek i żeglujesz przez kolejne dwa lata nie wiedząc nawet, czy kiedykolwiek wrócisz do domu. Bardzo szanuję taką postawę, wiesz?
Radio Lublin: W zasadzie tytuły pierwszego i ostatniego numeru nieźle współgrają z tym o czym mówisz. To wszak koordynaty geograficzne: pierwszy z nich prowadzi do Berlina, do siedziby Waszej wytwórni Pelagic Records, drugi z kolei do wspomnianego przez Ciebie Ultima Esperanza w Chile, miejsca które nierozerwalnie wiąże się z postaciami Ferdynanda Magellana czy Juana Ladrilerro.
Robin Staps: Tak. Tak w zasadzie, to koordynaty z tytułu intra, to nasze miejsce prób i studio w którym pracujemy z The Ocean. Ale to także biuro Pelagic Records i nasz magazyn. Ale jasne, dla zespołu ma to oczywiście też większe znaczenie. To miejsce, w którym nagraliśmy album. Znaczną większość jego partii. No i miejsce, w którym większość z nich została napisana. Więc tak, to nasz osobisty punkt początkowy. I tak, to prawda, że koordynaty z tytuły ostatniego utworu to Ultima Esperanza, na dalekim południu Chile. Zwrot “Ultima Esperanza” oznacza tyle co “Ostatnia Nadzieja”. Wiąże się to z historią odkrywców, którzy stworzyli tę nazwę. Poszukiwali oni przejścia do Cieśniny Magellana. Zwrócili się właśnie ku temu miejscu z nadzieją że uda im się przez nie przepłynąć. Niestety, historia kończy się na lodowcu – wszyscy giną. To swego rodzaju symboliczny obraz utraconej nadziei. I przedmiot rozważań dla tego konkretnego utworu. Oto tu kończy się wyprawa. Oczywiście, mówimy tu o historycznej stronie tej historii. O odkrywcach z przeszłości i tym, z czym przyszło się im zmierzyć.
Radio Lublin: Widzisz, zawsze opowiadasz historie, które bardzo mocno zakorzenione są w nauce, wiesz geologia, geografia, teraz kosmos. Ale mam wrażenie, że niemal w każdej z nich starasz się zawrzeć czynnik ludzki. Filozofię, rozważania o ludzkiej naturze, tożsamości. To dość uniwersalne podejście. I niezwykle interesujące, bo nawet kiedy opowiadasz o morskich potworach, to zawsze jest jakieś odniesienie do człowieczeństwa.
Robin Staps: No tak, oczywiście. To znaczy, jeśli teksty piosenek mają być istotne, muszą poruszać tematy związane z człowiekiem. To oczywiste. “Precambrian” nie był przecież albumem o skałach. Wiesz, interesuje się geologią, ale nie na tyle, żeby zrobić o tym całą płytę! To coś na kształt punktu wyjścia. Lubię pisać teksty, kiedy mam swego rodzaju punkt początkowy, jakąś ramę. To wszystko będzie zmieniać się wraz z progresem prac nad kawałkami. Drzwi zawsze są uchylone, tak po lewej jak i prawej stronie utworu. I tak czasem decyduję się przez nie przejść i zwykle gdzieś mnie one doprowadzają. Ale czasem ignoruję je i po prostu trzymam zamknięte. Taki właśnie jest proces pracy nad tekstami. Nigdy nie patrzyłem na dany koncept jako coś ekstremalnie sztywnego. Z wyjątkiem “Pelagial” tak naprawdę. W tym przypadku było dla mnie jasne, że chciałbym w pełni pójść w koncepcję podróży w głębiny. Chciałem wyjść od pewnych cech, nazwijmy je powierzchownymi. I tak samo jak światło, które w głębinach niknie i robi się coraz ciemniej, aż do dna. Ale każdy inny album jaki kiedykolwiek zrobiłem posiadał raczej płynny koncept, który był tylko pewną ideą ulegającą przemianom podczas procesu tworzenia. Więc sercem tego zawsze są ludzkie tematy. Wiadomo, jestem człowiekiem. I interesuje się różnymi rzeczami, takimi jak ludzie, ludzkie cechy, atrybuty, umiejętności, inteligencja i tak dalej. Ludzie czasem mówią, że robimy płyty które bazują na nauce. To nie prawda. Nie uważam, aby nauka była na tyle fascynująca, aby poświęcić jej całą płytę. To jedynie część większej części. Oczywiście, to pewien rodzaj oddzielnego aspektu czym są te albumy. Weźmy na przykład serię “Phanerozoic”. Tak, jasne, ich kręgosłup stanowi paleontologia. Każdy z tytułów piosenek odpowiada erom i okresom w historii Ziemi. Jednak większość piosenek krąży wokół filozoficznej koncepcji wiecznego powrotu, co jest bardzo starą koncepcją, można ją znaleźć na przykład w starych pismach hinduskich. Friedrich Nietzsche był tego zagorzałym wielbicielem. I ta idea że czas może wcale nie jest liniowy, a owalny? I tak jak widzisz, to wszystko to ludzkie temat filozoficzne, wplecione w tkankę tego, co niektórzy uważają za koncepcję naukową. I w zasadzie zawsze tak było, przy okazji każdej płyty The Ocean. Bo ludzie są znacznie bardziej interesujący niż kamienie. Możesz mnie cytować.
Radio Lublin: No, póki co wydaje mi się, że właśnie znalazłem doskonały tytuł dla tego wywiadu! (śmiech) Dobra, Robin, ostatnimi czasy przeczytałem na jednym z internetowych for, że pierwsza w historii The Ocean kosmiczna podróż jest równoznaczna z tym, że wyczerpaliście już wszystkie “ziemskie” tematy. Na szczęście, kosmos jest znacznie większy niż Ziemia, więc inspiracji nie powinno Wam zabraknąć…
Robin Staps: Możliwe, jak to się mawia, the sky is the limit! Dosłownie. Taaa… Tak jak powiedziałem, dla mnie to logiczna chronologia. Po “Holocene”, to był kolejny, naturalny krok do kontynuacji. W gruncie rzeczy, nie oznacza to, że kosmos to teraz miejsce w którym będą osadzone wszystkie albumy The Ocean w przyszłości. Myślę że jest jeszcze wiele “ziemskich” tematów które czekają na odkrycie. Więc możliwe że wrócimy. Na dobrą sprawę, jeśli dobrze się przyjrzysz “Solaris”, to zamykający go kawałek to “Ultima Esperanza”, który jest powrotem na Ziemię. Ale, wiadomo, zawsze możesz znów gdzieś wystartować. Póki co nie mam nic napisanego na nową płytę, nie mam też w głowie żadnego głębszego konceptu. Zwykle najpierw piszę muzykę a potem zaczynam myśleć o tekstach i ich koncepcyjnej stronie. Tak było w przypadku “Solaris”, muzyka istniała wcześniej, podstawowe struktury piosenek istniały w formie instrumentalnej aż do zeszłego roku. Wtedy właśnie zaczęliśmy nad nimi pracować, z nowymi wokalistami, pisać linie wokali i teksty. Tak więc liryczna i koncepcyjna strona pojawiła się rok temu a muzyka jest znacznie starsza. Była z nami od czasu pandemii, w swojej podstawowej strukturze. Tak więc nie wiem co przyniesie przyszłość. Nawet nie wiem czy zrobię nową płytę. Nagrywanie “Solaris” było bardzo wymagające w wielu aspektach, ale także piękne. To 70 minut muzyki. Musi więc to nam wystarczyć na jakiś czas, jedziemy niebawem w tournee, zaprezentujemy nowy materiał ludziom. Tym, którzy chcą go usłyszeć. I póki co nie myślę o kolejnych albumach. To wszystko przyjdzie, gdy nadejdzie odpowiedni czas.
Radio Lublin: No dobra, pogadaliśmy sporo o tekstach i koncepcie, pogadajmy więc może trochę więcej o muzyce! Muzyce, która w przypadku The Ocean jest przecież bardzo kompleksowa, rozbudowana, wielowątkowa. To idzie trochę w opozycji do czasów w których żyjemy – mainstream stawia na coraz krótsze formy, które wpasują się w trendy na social mediach. Tymczasem Ty wypuszczasz jako zapowiedź albumu dwa single, z których każdy trwa dłużej niż 10 minut. Nie boisz się, że w ten sposób skazujesz się na muzyczne podziemie a wiele osób może nie zrozumieć Twojego konceptu?
Robin Staps: Tak szczerze, to w sumie o tym nie myślę. Sądzę, że jesteśmy w naprawdę świetnej pozycji i artystycznie możemy tak naprawdę robić na co mamy ochotę. I w sumie nawet nie interesuje nas zbytnio, czy ludziom się to spodoba, przynajmniej mnie to nie interesuje. Ale też nigdy jakoś głębiej się nad tym nie zastanawiałem. Nawet teraz, w obliczu zmiany wokalisty, bo to przecież bardzo, bardzo radykalne posunięcie, prawda? Dla wielu, wielu zespołów. Myślę że to przerażająco złe, bo przecież ludzie zwykle przywiązują się do wokalistów. To bardzo osobista rzecz, oni przecież są nośnikiem emocji, bardziej niż jakikolwiek instrument w zespole czy okładka. Więc to trudna sprawa. Ale znów, nie obawiałem się że coś pójdzie nie tak, bo i The Ocean i tak zawsze był bardzo wymagający dla słuchaczy, każdy album niósł ze sobą coś nowego. Kiedy wypuściliśmy instrumentalny debiut, “Fog Diver” w 2003 roku, kolejna płyta miała już ostre wokale. Wiele osób wtedy pytało: co to, do cholery, jest?! Ale powoli się do tych wokali przyzwyczaili. A potem totalnie zrezygnowaliśmy z takich wokali kiedy Luik doszedł do zespołu. A ludzie znowu: co jest, cholera!?! To żaden heavy metal. Myślę, że nigdy nie byliśmy zespołem heavy metalowym. Po prostu robiliśmy muzykę którą lubiliśmy. I wydaje mi się, że obecnie ludzie oczekują od nas tego, że każdy album będzie inny ale zarazem będzie miał coś znajomego, coś co jest rdzeniem brzmienia tego zespołu, nawet jeśli ulega ono zmianom, ewoluuje. I nigdy tego się nie bałem. I wiesz, nigdy nie piszę muzyki w oparciu o długość. Kiedy komponuję, zwykle wychodzą z tego dość długie kawałki. Ale to też nie tak, że robię to umyślnie. Nie ma czegoś takiego, że zrobię piosenkę i czuję że to fajny numer, ale ma tylko osiem minut i trzeba by dodać do niego jeszcze ze dwie minuty. Utwór albo jest ostateczny albo nie. I jest to niezależne od długości. Niektóre kawałki potrzebują jedynie 5 minut żeby dotrzeć do celu. A inne 50. Albo jak “Simulacra”, która ma 17 minut. To oczywiście intrygujące kiedy sobie to uświadomisz, ale nie warunkuje to mojego komponowania. Nigdy nie myślę o muzyce w kategoriach czasu. Czasem masz 10-minutowy kawałek i czujesz, że to jeszcze nie wszystko, wiesz, to jak podróż, potrzebujesz pewnych nabudowań a niektóre elementy muszą chwilę potrwać, żeby miały odpowiednią siłę rażenia. Zawsze gdy piszę, piszę część po części, a każdy element wynika z poprzedniego i determinuje następny. Niekiedy wracasz do czegoś co już było wcześniej, a czasem to prowadzi nowy fragment. Ale nigdy nie zważam na długość trwania. Tak jak nie zważam na to, czy ludziom to przypadnie do gustu czy nie. Osoby które lubią The Ocean są już przyzwyczajeni do długich kawałków i lepiej żeby nadal byli.
Radio Lublin: Robin, tak jak powiedziałeś, wielkimi krokami zbliża się Wasza trasa koncertowa, która zawita również do Polski – w grudniu zagracie w Krakowie i Warszawie. Z tego co wiem, koncerty The Ocean są szalenie żywiołowe i choć w teorii gracie skomplikowaną muzę, na żywo zyskuje ona dodatkowe pokłady energii.
Robin Staps: Tak, zgadza się. To w ogóle bardzo interesujące, bo czasem jest tak, że rzeczy które robisz w studiu, nie działają w ten sam sposób podczas koncertu. Może to kwestia znalezienia odpowiedniego klucza a to jest już zdecydowanie trudniejsze niż może się wydawać. Są rzeczy których nie byłeś pewny podczas pracy w studiu, ale działają one świetnie na żywo. Po prostu trzeba w nie mocno wskoczyć i zobaczyć co się zadzieje. Jesteśmy teraz na totalnym początku jeśli chodzi o granie razem. Dopiero co zagraliśmy nasz pierwszy koncert w Maroko, w czerwcu i było naprawdę fajnie. Ale mamy jeszcze wiele rzeczy do zrobienia. Musimy dużo próbować i grać razem. To będzie nasze pierwsze tournee w tym składzie. To prawie jak pierwsza trasa z nowym zespołem. Wiadomo, Matthias jest w zespole od 15 lat a Jordi zagrał już z nami kilka koncertów wcześniej. Ale tak, wszystko zaczyna się od nowa, z nową grupą ludzi, nowymi przyjaźniami na scenie. I poza sceną, wszystko to musi być zbudowane od nowa. I przyznam, że to będzie bardzo interesujące. Naprawdę nie mogę się doczekać. To poniekąd dlatego tak dużo graliśmy w przeszłości. Wiesz, uwielbiam trasy koncertowe i interakcję z ludźmi. To najpiękniejsza opcja: grać swoją muzykę dla dobrej publiczności która jest w to wkręcona. I zainteresowana. No i nic nie zastąpi tej energii. Ok, wiadomo, praca w studiu jest super. Kocham tworzyć w studiu, kiedy nikogo nie ma obok, jestem tylko ja, moja gitara i bębny, które sobie programuje. Ale nic nie zastąpi grania na żywo, w dobrym klubie, na fajnej scenie, dla dobrej publiki. Nie miałem tego przez jakiś czas. Ostatni koncert przed tym w Maroko, to był HellFest, w 2024 roku. Prawie półtorej roku bez koncertów. Swędzi mnie na samą myśl, jestem wygłodniały. Myślę, że nie tylko ja, ale każdy w zespole. Tak więc, nie możemy się doczekać żeby w końcu się stąd ruszyć!
Radio Lublin: Dobra, Robin, jestem pewien że mamy jeszcze wiele tematów do przedyskutowania, ale że czas jest ograniczony, wydaje mi się że jak na pierwszy raz, wystarczy. Dzięki za Twój czas i widzimy się w grudniu!
Robin Staps: Tak, pewnie! Dzięki za zainteresowanie i do zobaczenia w grudniu!
Rozmawiał: Marcin Puszka
Zdjęcia i grafiki: Pelagic Records
Specjalne podziękowania dla Juliane Baier z Hold Tight PR za zorganizowanie wywiadu!
