Urodzona w Hrubieszowie Irena Jun to prawdziwa legenda polskiego teatru i nestorka sceny. Po spektaklu „Stara kobieta wysiaduje” według Tadeusza Różewicza w Teatrze Studio w Warszawie rozmawiał z nią Maks Wieczorski.
Rozmowa dotyczyła sedna teatru i jego nieustającej popularności, a także wspomnień związanych z gigantycznym dorobkiem Ireny Jun.
W jakimś wywiadzie powiedziała pani, że – widząc jak publiczność wlewa się do sali – myśli: „Oni będą moi”. Czy czuje pani jakąś władzę nad publicznością?
– Uzurpuję sobie to. Wydaje mi się, że bez tego w ogóle nie można istnieć na scenie. Przy każdym przedstawieniu tego samego spektaklu są inne emocje. I nie kłamiesz, absolutnie nie potrzebujesz kłamać. Publiczność to jest taki twój zbiorowy słuchacz, na którym ci bardzo zależy. I to dotyczy spotkania człowieka z człowiekiem. Pozwalam sobie myśleć, że ludzie bardzo potrzebują kontaktu z drugim człowiekiem i nie to nie z takimi psychooswojonymi zabawami, grą z podświadomością. Aktor z publicznością to jest tak fizyczne, że tu się nie skłamie. Nie da się skłamać.
Cała rozmowa w materiale audio:
MW / opr. ToMa
Fot. Intelimage / wikipedia.org
