Biednym, chorym i niepełnosprawnym mieszkańcom Madagaskaru pomagała przez kilka tygodni Magdalena Kornacka ze Stężycy. W roku szkolnym jest nauczycielką szkoły podstawowej w pobliskiej Nowej Rokitni. W wakacje postanowiła zostać wolontariuszką w Afryce.
– Dla mnie wolontariat był od zawsze marzeniem – mówi w rozmowie z naszym reporterem Magdalena Kornacka. – Bardzo chciałam, żeby to był Madagaskar, ponieważ jest to jeden z takich najbiedniejszych regionów, więc wiedziałam, że będzie tam ogrom pracy i się udało. Wyjechałam na ten miesiąc, mogłam poznać tych ludzi, mogłam zobaczyć jak to wszystko wygląda.
A co było tym impulsem, żeby spakować plecak i pojechać na Madagaskar?
– Chyba ta pomoc drugiemu człowiekowi i to, że godność tych ludzi została mocno zachwiana, bo jak prosi się o tę żywność, której tak na co dzień nie ma. Dla nas jest to niewiele, dla tych ludzi jest to wszystko. Oczywiście w Polsce też są ludzie, którzy potrzebują tej pomocy, natomiast tam oni są zostawieni sami sobie. To był taki impuls, że tak, to jest ten kraj, to jest to miejsce. Każdy dzień tak naprawdę przynosił coś nowego. Czasami było ciężko, nie powiem, że każdy stawał na wysokości zadania, bo nie jest to łatwa praca.
To jak wyglądał taki typowy dzień wolontariusza?
– My mieszkaliśmy w domu Fundacji Betel. Dom zamieszkuje kilkoro niepełnosprawnych dzieci, więc rano po śniadaniu zwykle zajmowaliśmy się właśnie opieką, zabawą, zajmowaniem im czasu. Potem zazwyczaj jeździliśmy na targ kupować żywność. Głównie były to worki ryżu, kury, olej, takie podstawowe produkty żywnościowe. I potem jeździliśmy na wioski rozdawać osobom najbardziej potrzebującym. Wracaliśmy, znów opieka nad dziećmi, czasami pomoc przy gotowaniu, przy kąpieli tych dzieciaków. Każdy dzień wyglądał zupełnie inaczej, bo jeszcze oprócz tego, że był ten dom, to jeszcze ludzie pukali do tego domu, którzy najbardziej potrzebowali tej pomocy.
A największe zaskoczenie, które spotkałaś na miejscu?
– Największym zaskoczeniem myślę, że były kamieniołomy.
Praca dzieci tam?
– Praca dzieci, które tak naprawdę pomagając swoim rodzicom, bo była to praca całymi rodzinami, pracowała za około dolara dziennie, cały dzień, bez jedzenia, bez wody. Były to dzieci od najmłodszych lat. Takie, które miały około trzech, czterech. I ten widok był dosyć drastyczny. Dzieciaki na tyle, ile miały siły utrzymać ten młotek, one po prostu ten kamień rozdrabniały na mniejszy. Więc w momencie, kiedy my to zobaczyliśmy, to cała nasza ekipa, która pojechała, przeżyła to bardzo mocno. Bo to jest widok, którego się nie da opisać. Nawet teraz już mi się łamie głos. Dzieciaki powinny tak naprawdę spędzać ten czas na zabawie. Czas taki, gdzie powinni chodzić do szkoły, a nie do takiej ciężkiej fizycznej pracy. Więc myślę, że to był taki najtrudniejszy moment w tym całym moim czasie pobytu na Madagaskarze.
Przypuszczam, że takich historii jest wiele. Która zapadła Tobie najbardziej w pamięć? Która historia konkretnego człowieka?
– Konkretnego człowieka to raczej nie, ponieważ każdy dzień przynosił spotkanie z innym człowiekiem, z inną osobą. Czasami było to dziecko bardzo chore. Czasami była to osoba starsza, która mając 95 czy 99 lat, po prostu prosi o ten worek ryżu. I w momencie, kiedy podchodzisz do takiej osoby i ona cię łapie za rękę, ma łzy w oczach i ona ci dziękuję po prostu za to jedzenie, to nic więcej nie potrzeba. Nie potrzeba słów, nie potrzeba znać języka. Dla nas było to spełnienie po prostu takiego pragnienia pomocy im. Dla nich było to spełnienie marzenia, że przynajmniej przez miesiąc nie będzie ta osoba głodna. Więc my się uczyliśmy od nich. Oni nam dawali cenne lekcje. Myślę, że możemy się nauczyć, że mając niewiele, tak naprawdę mamy wiele. Nie rzeczy materialne są istotne, tylko pomoc drugiemu człowiekowi, to, że są razem, to, że się wspierają, to, że każdego dnia walczą o to przetrwanie. I do tego wszystkiego nie jest im potrzebny prąd, woda, rzeczy takie materialne, które gdzieś my budujemy od samego początku, żeby mieć tę stabilizację. Dla nich to jest tylko mieć posiłek i być po prostu zdrowym, szczęśliwym. To jest chyba dla nich takie najistotniejsze.
A jak lokalna społeczność reaguje na białych wolontariuszy?
– Oni wiedzą, że jeżeli biały przyjedzie, to z pomocą. Traktują nas trochę jak takie osoby, które przynoszą szczęście, ponieważ też mają taki zwyczaj, że jak dziecko się rodzi, to szukają wręcz takiego białego człowieka, który obetnie pasma włosów na szczęście. Więc oni są bardzo życzliwi. Oni podchodzą do nas z przyjaźnią, z takim uśmiechem, z taką życzliwością, więc my jako wolontariusze nie odczuliśmy z ich strony takiego dystansu, wręcz przeciwnie. My się czuliśmy tam bardzo dobrze. Nie mając nic, mimo wszystko próbowali się dzielić tym, co mają, tak że bardzo dobrze to wspominam.
Na Madagaskarze coś planujecie zrobić?
– Tak, kolega, który ze mną był na Madagaskarze, buduje centrum wsparcia żywieniowego dla matek w ciąży i karmiących. No i oczywiście powstał też nowy pomysł wybudowania dla dzieciaków szkoły. Zobaczymy. Mam nadzieję, że to nam się uda.
Jak można wspomóc?
– Na pewno będzie założona zbiórka. Też oczywiście zachęcam organizacje czy lokalne firmy, które by chciały chociażby swoją jakąś drobną cegiełkę dołożyć, to bardzo zachęcam i zapraszam. Można wejść na stronę fundacji bezpośrednio Worek z sercem, gdzie jest możliwość zakupu żywieniowego i produktów do budowy.
Rozumiem, że powrót na Madagaskar będzie chociażby po to, żeby szkołę budować.
– Oczywiście. Nie wyobrażam sobie, żeby w to miejsce nie powrócić, tak że na pewno chciałabym.
A Państwa i moim gościem była w roku szkolnym nauczycielka, a w wakacje wolontariuszka na Madagaskarze – Magdalena Kornacka.
– Bardzo dziękuję za rozmowę. Dziękuję bardzo.
Dodajmy, że Magdalena Kornacka spędziła kilka tygodni w miejscowości Mampikony, położonej około 500 kilometrów od stolicy Madagaskaru. Wyjechała tam w ramach działalności Fundacji Betel.
ŁuG / opr. PrzeG
Fot. pexels.com
