O roli festiwali literackich i pracy tłumacza literatury podczas Festiwalu Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie z tłumaczką Agnieszką Kowaluk, laureatką Nagrody Literackiej Gdynia 2025, rozmawiała Grażyna Lutosławska.
Pamiętam, że Agnieszka Kowaluk została zaproszona do Pasma „Po sąsiedzku” w ubiegłym roku, żeby opowiedzieć o swoim tłumaczeniu Elfriede Jelinek. Agnieszka Kowaluk była już znana z tłumaczenia Setza, ale tak specjalnie gwiazdą jeszcze wtedy nie była. Aż tu nagle przyszła jesień, a Agnieszka Kowaluk otrzymuje Nagrodę Literacką Gdynia za tłumaczenie Elfride Jelinek.
– Prawie rok minął od tego wydarzenia, ale jest mi oczywiście bardzo miło, że o tym wspominasz. Był to bardzo intensywny rok. Festiwalowy do szpiku gości. Można powiedzieć, że ta podróż zaczęła się właśnie tutaj, w Szczebrzeszynie. Nawet dosłownie w tym miejscu, w którym siedzimy, czyli w festiwalowej księgarni, gdzie fotografowałyśmy się, dziękuję za siostrzaną pomoc, z moją autorką, żeby się chwalić w mediach społecznościowych obecnością polskiego wydania, które potem rozpoczęło swoją podróż po kraju. Było na kilku festiwalach. Miałam tę przyjemność, że rozmawiałam z mnóstwem osób w tym roku o tej książce. To jest dla tłumacza niesamowitą radością i satysfakcją.
CZYTAJ: Prezeska PEN Clubu: Tłumaczenia tworzą polszczyznę
Nie będę cię już pytała o tę książkę, zwłaszcza że rozmawiałyśmy na ten temat. Natomiast chciałabym się zatrzymać przy tych licznych festiwalach, na których byłaś i przy festiwalu w Szczebrzeszynie. Jaką mają dzisiaj role festiwale literackie? Czy są w ogóle potrzebne z punktu widzenia autorki, tłumaczki?
– To pytanie może takie na pierwszy rzut oka czy ucha teoretyczne, ale kiedy jest się tutaj, a jestem tutaj już prawie dobę, po prostu fizycznie czuję, jak są ważne. Są to miejsca spotkań. Nie ma w tym absolutnie żadnej przesady. Są to takie chwile w roku, na które ja zwyczajnie czekam. My, ludzie piszący, osoby piszące, tłumaczące, spędzamy masę godzin samotnie przy biurku. To, że spotykamy się przy okazji festiwali, to, że czasami jesteśmy zapraszani, siedzimy na scenie, czasami kibicujemy kolegom z widowni, a czasami zwyczajnie jeździmy na te festiwale, żeby się zobaczyć, to jest tak strasznie ważne. To jest tak strasznie egzystencjalnie ważne, żeby się policzyć, żeby zobaczyć twarze, żeby zobaczyć, że takich osób, które poświęcają, nie chcę tutaj wpadać w jakiś patos, ale jednak swoje życie słowu pisanemu, że my wszyscy sobie tego jakoś nie wymyśliliśmy, że to naprawdę jest, bo to widać po publiczności, która przychodzi i słucha. Przed chwilą byłam na fantastycznym spotkaniu na temat książki „Obywatelka” w Paśmie „Po sąsiedzku” na temat szeroko pojmowanej wspólnoty i obserwowałam publiczność. Jest tutaj strasznie gorąco, ale nikt nie ruszał się z miejsca. Wszyscy słuchaliśmy, patrzyliśmy na scenę i łykaliśmy tę rozmowę, ponieważ właśnie o to chodzi. Chodzi o to, żeby się spotkać i komunikować ze sobą.
Komunikować też o sprawach, które są w tej chwili szalenie istotne, bo wspólnotowość to jest coś, nad czym się naprawdę bardzo zastanawiamy. Mam nadzieję, że niedługo zobaczymy twoją kolejną książkę i to będzie…?
– To będzie skończona już w wersji surowej, tak zwanej, koledzy i koleżanki po fachu wiedzą, co to znaczy, tak że ta prawdziwa robota zaczyna się dopiero teraz, czeka na redakcję powieść Clemensa Setza, mojego autora ostatnich lat, powieść „Indygo”. Ale jestem szczęśliwa, że na chwilę się oderwałam od tego, między surowym tłumaczeniem a redakcją, po to, żeby, parafrazując Joannę Wilengowską, moją znakomitą koleżankę i autorkę, wymoczyć nogi i nawiązać znajomości. Po to są festiwale.
GL / opr. WM
Fot. Grażyna Lutosławska
