Grecja. Kolebka cywilizacji, centralny ośrodek sportu, kultura która stworzyła system moralnych wzorców, archetypów i doktryn filozoficznych, uniwersalnie wyjaśniających świat po dziś dzień. Zdaniem wielu, to także miejsce, w którym narodziła się muzyka. To tu, Orfeusz swoimi pieśniami granymi na lirze, wzruszył piekielnych władców tak mocno, że zyskał ich przychylność. Grający na lirze Apollo był z kolei przykładem boskiego zespolenia muzyki z harmonią kosmosu. Ów Apollo to też postać, która stanęła swego czasu do dźwiękowego pojedynku z pierwszym na świecie rock’n’rollowcem z krwi i kości: Marsjaszem. Marsjasz co prawda pojedynek przegrał i skończył marnie (obdarty ze skóry), ale ziarno rockowego buntu zostało zasiane. Tańczący w ekstatycznym wirze, z kielichem wina w ręku Dionizos, niechaj będzie potwierdzeniem, że od tamtej pory rock’n’roll ma się u stóp Olimpu bardzo dobrze.
Może to tylko (i aż) mity, ale dzisiejsza grecka scena rockowa zdecydowanie mitem nie jest. To fenomen, który zaczyna być coraz bardziej zauważalny na świecie . Od jakiegoś czasu zastanawiam się, jak to możliwe, że muzyka buntu i rebelii, ostra, zadziorna i bezkompromisowa, rośnie w siłę w kraju, w którym słońce świeci niemal non stop, a ludzie żyją niespiesznie i harmonicznie? Mój intensywny weekend w centrum wydarzeń, Atenach, znacznie przybliżył mnie do zrozumienia tej sprawy.
Stolica Grecji to specyficzne miejsce. Dla przybysza takiego jak ja, sprawia wrażenie totalnego chaosu – kierowcy jeżdżą jak chcą, znaki drogowe traktując jako zbiór luźnych wskazówek, jak poruszać się po jezdni. Na ciasnych uliczkach zgiełk – masz wrażenie, że każdy z setki przechodniów idzie w swoim kierunku. Wieczorem w najbardziej imprezowych miejscach miasta pojawiają się uzbrojeni policjanci, z tarczami, hełmami i pistoletami w kaburach. “Myślą że jesteśmy przestępcami, patrzą nam na ręce, ale zwykle nie mają żadnych powodów do reakcji. Stoją tak przez całą noc i ziewają z nudów” – mówi mi Christos, gitarzysta prog-metalowego zespołu Calyces, z którym wybieram się na nocną przechadzkę po dzielnicy Syntagma. “Możesz wypić piwo na ulicy, możesz nawet potem wsiąść do samochodu, ale jeśli krzywo spojrzysz na policjanta, wtedy możesz dostać pałką po łbie” – kontynuuje. “Nie wiem czemu to ma służyć? Mówią, że niby utrzymaniu porządku, ale widzisz tu kogokolwiek kto zachowuje się nie tak jak trzeba?” – pyta retorycznie Irida, partnerka Christosa, tatuatorka i perkusistka w kilku początkujących zespołach metalowych. Faktycznie, nie widzę nic niestosownego w zachowaniu lokalsów. Uśmiechają się, dowcipkują, prowadzą ożywione dyskusje. Są to głównie młodzi ludzie, którzy mimo późnej pory, wydają się być pełni życia. I bynajmniej nie mają w planach kończyć imprezy.
Grecki rock to muzyka z tradycjami, które wyszły daleko poza granice administracyjne kraju. Grecy na pytanie o pionierów rock’n’rolla w ich kraju, bez wahania wymieniają dwa nazwiska: Vangelis i Demis Roussos. Na moje wspomnienie popularnych tytułów z solowej, popowej twórczości ich bohaterów, takich jak “Goodbye My Love, Goodbye” czy “Conquest of Paradise”, Ateńczycy uśmiechają się kwaśno. Ale już legendarne Aphrodite’s Child od którego obaj zaczynali swoją muzyczną podróż, to kult. I symbol rockowego buntu. Pod koniec lat 60-tych zespół uciekł z kraju rządzonego wówczas przez juntę wojskową i osiadł we Francji. Psychodeliczny prog grany przez formację, to dla Greków absolutny kanon. Ikoniczny album “666” do dziś wzbudza emocje. “Człowieku, to jest majstersztyk!” – potwierdzają moi rozmówcy.
1000mods podczas festiwalu Rock The Square, Lublin, 21.06.2025
Z metalem jest trochę inaczej. Metal + Grecja = bracia Tolis. To ojcowie chrzestni każdego tutejszego metalowca. Grupa Rotting Christ, którą stworzyli, dawno już wyszła z okultystyczno-satanistycznej otoczki, zwracając się w kierunku mariaży metalu z muzyką folkową. Niefortunna nazwa wciąż polaryzuje w środowisku, które zdaje się coraz jawniej odcinać od tego typu skojarzeń. Helleńska scena rozkwita obecnie w zupełnie innym kierunku, którego mentorem jest inna, legendarna postać.
Argyris Galiatsatos. Wszyscy jednak mówią na niego Argy. Przyszedł na świat 30 lipca 1969 roku tu, w Atenach. Jako dwudziestolatek, zafascynowany takimi zespołami jak Motorhead, Black Sabbath, Deep Purple czy Iron Maiden, założył swój własny band. Nazwał go Nightstalker. W całym mieście nie ma sklepu muzycznego, w którym nie dałoby się znaleźć merchu tej grupy. Koszulki, naszywki, winyle, kompakty – jest wszystko. “Argy to taki nasz grecki Lemmy” – śmieje się Haris, perkusista Void Droid z którym spotykam się nazajutrz. “Facet pokazał nam, że można. Że się da. Każdy w Grecji wie, co to jest Nightstalker. To zespół kultowy. Taki miejscowy Motorhead. A ich wokalista to uosobienie rodzimego rock’n’rolla” – tłumaczy porównanie muzyk. Nightstalker wciąż aktywnie działa: regularnie jeździ w trasy koncertowe po Europie, wizytuje na największych festiwalach oraz wydaje płyty. Najnowsza “Return From The Point Of No Return” to jedna z najciekawszych pozycji rockowo-metalowych roku 2025. Nie tylko zdaniem Greków. Sam Argy, z którym miałem okazję porozmawiać online w grudniu minionego roku, tak wyjaśnia sukces swojej grupy: “Gdzieś tak od 2005 roku, od czasu kiedy internet stał się tak ogromny, jest znacznie łatwiej wypchnąć swoje rzeczy do kogoś, kto to czai, złapać fanów albo ruszyć w tournee po Europie. Instrumenty są teraz znacznie tańsze, wiesz, kiedy my zaczynaliśmy, wyzwaniem było kupno chociażby pałeczek do perkusji”. Faktycznie, Nightstalker dość długo czekał na swój moment. Dla lokalnych muzyków to dowód niezłomności. I inspiracja. “Młodzi ludzie zorientowali się, że może jest szansa coś zdziałać, że mogą z tego żyć, traktować to jak pracę. Kiedy w latach 80-tych czy 90-tych powiedziałeś w Grecji, że grasz rocka, ludzie wybuchali śmiechem” – wspomina Argy. Dziś już nikt się nie śmieje. A bycie muzykiem rockowym w Grecji jest równoznaczne z szacunkiem. Dowodzi tego taka drobna scenka. Na koncercie Iron Maiden na stadionie olimpijskim OAKA, stoję z w spomnianym Harisem oraz jego kumplem, Aggelossem – obaj tworzą sekcję rytmiczną Void Droid. Kilkukrotnie podchodzą do nich ludzie, prosząc o wspólną fotkę. “To Wasi fani?” – pytam, trochę prowokacyjnie. Chłopaki odpowiadają nieco zmieszani: “Tak, kilka osób nas tu kojarzy”… Kojarzą też inne zespoły. W tłumie, prócz Maidenowych koszulek, można znaleźć fanów, których ubiór to niezły przegląd lokalnej sceny. Króluje Nightstalker, ale są też inne nazwy. Khirki, 1000mods, Villagers of Ioannina City, Naxatras, Krotalias – to raptem kilka z nich.
Wspomniany Void Droid to jeden z przedstawicieli młodej sceny, inspirowanej właśnie kosmicznym oddziaływaniem Nightstalker. “To stało się samoistnie, nagle obudziliśmy się i ogarnęliśmy, że jesteśmy częścią czegoś większego” – tłumaczy mi Antreas, wokalista i główny kompozytor grupy. Ateńczycy w swojej muzyce wyrośli z piaszczystego brzmienia a’la Argy & spółka, ale rozwinęli je w stronę muzyki progresywnej, która na ostatniej płycie nabiera cech filmowego soundtracku. “To tak jakby zderzyć twórczość solo Vangelisa i riffowe uderzenie Nightstalker” – mówi Aggellos, który w Void Droid odpowiada za gitarę basową. “To po prostu było w nas. Jest obecne. Korzenie – to chyba dobre słowo” – dodaje Antreas. “Twój ulubiony Droid”, jak prześmiewczo mówią o sobie sami muzycy, wyróżnia się charakterystycznymi riffami, które ciężko pomylić z innym zespołem. “Korzenie, bez wątpienia. Myślę, że środowisko w którym tworzymy, ma na to naprawdę duży wpływ. Przesiąknięci jesteśmy naszą kulturą. Nie tylko antyczną, ale tą miejską, uliczną. Stąd biorą się te zagrywki, akcentowanie” – tłumaczy basista.
Calyces, koncert w Centrum Kultury w Lublinie, Marzec 2026
To co dość powszechne w nowej fali greckiego rocka to fakt, że muzyka zespołów jest dość trudna do zdefiniowania – opiera się wszak na rozmaitych inspiracjach. Void Droid łączy stoner, prog i muzykę filmową, Calyces natomiast idzie jeszcze dalej, łącząc math metal, progres, sludge i stoner w jedną, odjechaną całość. Wybuchowa mieszanka najbardziej wybrzmiewa podczas słuchania ich ostatniego albumu, “Fleshy Waves Of Probability”. “Zawsze lubiłem pokręcone dźwięki, wiesz, Mastodon, Meshuggah, tego typu rzeczy” – opowiada mi przy tradycyjnym śniadanio-obiedzie Manthos, gitarzysta i wokalista, lider formacji. Jemy około godziny trzynastej lokalnego czasu, jest to mój pierwszy posiłek tego dnia. Znów – lokalny folklor. “Klimat sprzyja eksperymentom. Mam czasem wrażenie, że każdy zespół chce tchnąć w metal jakiś unikatowy pierwiastek siebie” – kontynuuje muzyk. Nie da się ukryć, że niemal każdy z bandów młodego pokolenia czymś się wyróżnia. “Przed Calyces grałem w zespole Tardive Dyskinesia, byliśmy bardzo zapatrzeni w Meshuggah. 3 płyty, masa koncertów, ale coś w końcu wybuchło. Niemniej, miałem masę pomysłów, więc na gruzach Dyskinesii powstał Calyces. Musisz wiedzieć, że co drugi metalhead w Grecji robi coś w muzycznym biznesie. Jedni grają, drudzy rysują okładki, inni piszą recenzje i robią wywiady. To bardzo silna społeczność” – mówi Manthos. Zresztą, sam jest tego doskonałym przykładem. Prócz roli lidera zespołu, jest również grafikiem. Działając pod szyldem Manster Design utrzymuje się z projektowania dla innych bandów. Nie tylko lokalnych. W swoim portfolio ma już współpracę z takimi markami jak Machine Head, Kadavar czy Powerwolf – to duże nazwy w metalowym świecie. Siłą rzeczy, jego prace są także integralną częścią rodzimej sceny. “Zrobiłem wszystkie okładki dla Khirki, wideo dla Void Droid… Powiedzmy, że jestem nadwornym malarzem greckiej sceny!” – śmieje się artysta. Co ciekawe, facet jakimś cudem znajduje jeszcze czas, żeby raz do roku zorganizować festiwal rockowy. New Long Fest to wielkie święto helleńskiego rocka. Zwykle opiera się na zagranicznym headlinerze i masie kapel lokalnych. Pod Ateny, ściągają na niego fani z różnych stron kraju. “Jakieś dwa, może trzy tysiące ludzi” – wspomina Haris z Void Droid. “Ludzie chodzą na nasze koncerty. Kluby są napakowane. Nie mamy problemów z frekwencją. W Atenach zawsze mamy komplet, to samo Saloniki czy Larissa. Scena żyje” – mówi z dumą Manthos.
Słowa lidera Calyces znajdują potwierdzenie w najnowszym wydaniu pisma Metal Hammer. Z okładki straszy Eddie z wiadomego zespołu, ale w środku aż roi się od reklam koncertów lokalnych kapel. Są też recenzje płytowe oraz relacje z wydarzeń. W tym z Ateńskich finałów europejskich wojaży Calyces i Khirki. Dodam, że bardzo entuzjastyczne i pokazujące, że “napakowany klub” wcale nie był stwierdzeniem na wyrost.
W fascynującą wycieczkę po rock’n’rollowym sercu Aten zabiera mnie w niedzielę Dimos, lider wspomnianego już kilkukrotnie Khirki. Energiczne power trio miesza klasyczne hard’n’heavy ze stonerem i brzmieniami folkowymi. “Element folkowy jest osadzony w naszej muzyce z uwagi na jej budowę a nie ze względu na instrumenty których używamy. Dla nas, dla Khirki, prawdziwy folkowy czynnik powinien istnieć w piosence w postaci melodii czy rytmów” – opowiada gitarzysta. Nie ściemnia. Khirki mają na koncie dwa albumy, ale wystarczy włączyć pierwszy numer z wydanego w 2024 roku “Kykeonas”, żeby usłyszeć charakterystyczny rytm, przywodzący na myśl szelest cykady. “Ruszaj tyłeczkiem, mała!” – komentuje moje porównanie Dimos. Koncepcyjnie jednak, trio nawiązuje najszczęściej do mitologii antycznej. Są więc wątki z Odysei i innych Helleńskich legend. Zespół aktywnie koncertuje, ostatnio wrócił ze swojej trzeciej trasy po Europie. “Obecnie jest sporo zespołów które zaczęły jeździć w tournee i w zasadzie jesteśmy im bardzo za to wdzięczni, bo otworzyli dla takich bandów jak my drzwi do Europy. Planet of Zeus, 1000 Mods, Villagers of Ioannina City, Nightstalker to zespoły starsze od nas, grające od jakichś 20 lat i mogę sobie tylko wyobrazić, jak trudne musiało być bookowanie dla nich tych pierwszych tras, na pewno trudniejsze niż jest to dla nas teraz” – mówi Dimos, zapytany o popularność Greckich kapel w Europie. “Kiedy gramy w Niemczech, ludzie mówią: tak, greckie bandy są super! Czesi to samo: tak, zespoły od Was są ekstra, zawsze do nas wracają! I to wszystko jest właśnie dzięki nim. Przedtem, kiedy byłem młodym chłopakiem i czytałem wywiady z kapelami, zawsze pojawiały się wnioski, że nasz rock nie ma zbyt dobrej reputacji w Europie i świecie”. Podczas naszej wycieczki, Dimos pokazuje mi kilka kluczowych miejsc w dzielnicy Monastiraki. Pięć sklepów płytowych, gdzie “Elliniko Rock”, jak tytułują kategorię sprzedawcy, zajmuje kilka półek. Kolejne pięć sklepów z merchem, w których oprócz znanych marek jak Iron Maiden, Judas Priest, Rainbow czy Motorhead, bez problemu znajduję ciuchy Nightstalker, 1000mods czy Septic Flesh. Do tego rock puby, studia nagraniowe czy sale prób. “Musisz wiedzieć, że w Atenach są tylko dwie sale prób, w których zbiera się śmietanka tutejszego rocka” – mówi Dimos. “To stąd się znamy. My, Void Droid, Fuel Eater, Krotalias, Calyces – wszyscy tu grają próby. A po próbach chodzimy do baru, często całymi ekipami!” – śmieje się mój przewodnik. “Nawet te nie-rockowe bary mają swój rockowy pierwiastek – w jednym z nich pracuje wokalista Planet Of Zeus, Babis!” – tu nie jestem pewien, czy Dimos trochę nie ubarwia swojej opowieści. Tak czy inaczej, wszystko to co opisuje, mieści się raptem na kilku przecznicach u stóp Akropolu. Jest to bardziej niż fascynujące.
Dimos Ioannou z Khirki z autorem, Ateny 2026
Dla młodych muzyków Greckich, Argy z Nightstalker jest jak Bóg Ojciec na rock’n’rollowym piedestale. Ale u stóp jego tronu siedzą muzycy o których wspomnieli niemal wszyscy moi poprzedni rozmówcy: 1000mods, Planet of Zeus, Villagers of Ioannina City. To ci, którzy krocząc dzikim szlakiem wytyczonym przez Nightstalker, powyrywali chwasty, wybrukowali go i oznaczyli liniami. Szerpowie Helleńskiego rocka. “Dziesięć czy piętnaście lat temu istniała u nas scena, w której zaczęło aż wrzeć” – opowiada Labros, perkusista 1000mods. “Działo się to przede wszystkim w Atenach, ale też w Salonikach i innych miastach. Małe zespoły, takie jak my, zaczęły koncertować po klubach w Atenach. Członkowie wszystkich tych bandów mieli wtedy po 20 lat i w ten sposób stworzyliśmy naprawdę solidną społeczność. To rosło i rozwijało się dość mocno i tak w okolicy 2012-2013 roku Planet Of Zeus miał wydane już dwa albumy, my jeden, Villagers of Ioannina City wypuściło swój debiut w 2014 roku i cała scena wtedy jakby eksplodowała. Zaczęły powstawać nowe zespoły, były zainspirowane naszymi ruchami. Jeden zespół wpływał na kolejny” – przedstawia swoją perspektywę. “Modsi” to obecnie jeden z najbardziej uwielbianych greckich bandów. Ich muzyka to solidny stoner, hołdujący takim nazwom jak amerykańskie Clutch, Kyuss czy Sleep. Na ostatniej płycie “Cheat Death” dodali do tego wyraźne wpływy Black Sabbath, czym zyskali sobie wielu nowych fanów. Charyzmatyczny bębniarz wydaje się być patriotą jeśli chodzi o rodzimą scenę: “Myślę, że to co najbardziej pomogło temu ruchowi, to solidarność pomiędzy zespołami. Jaki jest klucz do tego, żeby iść naprzód? Być otwartym, dzielić się swoją wiedzą, doświadczeniem i kontaktami z innymi bandami” – kwituje muzyk. Wydaje się, że nie jest to czcza gadka. Serdeczność relacji między zespołami z Grecji mogłem zaobserwować podczas pobytu Khirki i 1000mods w Lublinie, na festiwalu Rock the Square. Chłopaki trzymali się w zasadzie razem. Byli jak jedna wielka grupa kumpli. Spędzili ze sobą trzy dni, a w busie wiozącym ich na Okęcie, dyskutowali non stop, zaśmiewając się przy tym głośno. Zwrot “malaka”, choć zasadniczo ma znaczenie pejoratywne, w paczce znajomych działa całkiem odwrotnie – coś jak Polskie “mordo” w środowisku hip-hopowym. W greckim busie, “malaka” była odmieniana przez wszelkie możliwe przypadki.
“Na pewno jesteśmy częścią muzycznej generacji z Grecji, która była naprawdę produktywna, kreatywna, aktywna” – to już Alex, lider Villagers of Ioannina City. Jego grupa to potwierdzenie tego, że nie trzeba być z Aten, żeby mieć realny wpływ na muzyczną społeczność. “Przez ostatnie 15 lat grecka scena rockowa była naprawdę czymś fajnym, czymś co na pewno będzie zapamiętane. Jestem bardzo szczęśliwy, że mogliśmy tego doświadczyć, być tego częścią. Była w tym czasie masa kapel, które grały razem, koncertowały razem, spotykały się na festiwalach, uniwersytetach, tworzyły scenę. Kiedy ogląda się te wszystkie dokumenty o tworzeniu sceny w latach 70-tych czy 80-tych, to tak, my również zbudowaliśmy scenę. I to nie tylko bandy, ale też ci wszyscy ludzie, goście którzy robili plakaty, koszulki, logotypy, okładki, graficy, dźwiękowcy, fani którzy chodzili na koncerty i festiwale, to naprawdę żyło przez ostatnie 15 lat, było naprawdę mocne i silne” – kontynuuje muzyk. “VIC”, jak skrótowo nazywają zespół fani, to grupa która, zgodnie z nazwą, pochodzi z miasta Janina (gr. Ioannina), położonego w północno-zachodniej części Grecji, Epirze. W swojej muzie “Villagersi” połączyli folk z post-rockiem i stonerem. Pierwsza płyta była bardziej stonerowo-folkowa, druga, “Age of Aquarius” z 2019 roku to już album koncepcyjny, rozbudowany, pełen transowych form. W błędzie jest jednak ten, który uważa że skoro Grecy inkorporują do rocka folk, to muszą to zrobić za pomocą rozsławionego instrumentu strunowego zwanego buzuki. “W naszym regionie tradycyjna muzyka to nie to samo co rebetiko (popularny rodzaj tamtejszego folku, rozsławiony chociażby przez “Zorbę” – przyp. red.). Rebetiko to rzecz która ma jakieś 100-120-130, może 140 lat. A muzyka z naszego regionu liczy sobie tysiące lat. Z racji tego że ów region był nieco odizolowany, bo jest otoczony górami i 2000 lat temu nie było wcale tak łatwo się tu dostać, tradycja pozostała nietknięta przez te wszystkie lata. Rebetiko jako muzyczny styl narodziło się w poprzednim wieku, muzyka Epiru, jak ją zwykliśmy nazywać, to tysiące tysięcy lat tradycji” – tłumaczy Alex. Labros z 1000mods widzi to natomiast tak: “Jednym z najbardziej legendarnych zespołów greckich z lat 70-tych był Socrates Drank the Conium. To był pierwszy typowo heavy rockowy zespół jaki Grecja kiedykolwiek miała. I był to band, który czerpał inspiracje z tradycyjnej muzyki greckiej, zwłaszcza tej z rejonów Epiru, z którego pochodzą właśnie Villagers of Ioannina City. Kiedy Villagersi wypuścili swój debiut, zainspirowali szereg innych zespołów do sięgnięcia po folkowe elementy”. “Pierwszy album był oparty głównie na muzyce Epiru, to pewna wariacja na jej temat” – znów Alex z VIC. “Nie jesteśmy z założenia zespołem, który musi grać muzykę inspirowaną folklorem Epiru, nie gramy na folkowych festiwalach gdzie powinniśmy prezentować muzykę folk ze swojego regionu. Po prostu gramy muzykę. Dla przykładu dudy najbardziej popularne są w Salonikach czy Tracji, ale zwykle używa się ich bardziej na bałkanach, niekoniecznie akurat w naszym regionie” – kończy wokalista. Villagers of Ioannina City to obecnie jedna z najgorętszych nazw z Hellady na szeroko pojętym rynku rockowym. Jako jedni z niewielu, związani są kontraktem z dużym labelem, austriackim Napalm Records, dbającym o dystrybucję ich muzyki na Europę i resztę świata.
Villagers of Ioannina City, koncert w klubie Proxima w Warszawie, Marzec 2026
Co ciekawe, Alex naszą rozmowę na temat sceny kończy dość gorzką konkluzją. “Mam nadzieję, że to będzie trwać i wciąż się rozrastać, choć zwykle tak się nie dzieje. Życie zatacza koło i z muzyką jest podobnie, choć myślę, że wszyscy ci którzy dzięki temu urośli, coś osiągnęli, zapamiętają ten czas jako coś naprawdę nostalgicznego, może nawet i romantycznego?” – mówi. Póki co, nie widać jednak żadnych oznak końca ekspansji Nowej Fali Greckiego Heavy Rocka. Tak, wydaje mi się, że możecie używać śmiało tej nazwy: NEW WAVE OF GREEK HEAVY ROCK. W skrócie NWOGHR, nawiązując do legendarnego NWOBHM, czyli New Wave Of British Heavy Metal, w którego skład wchodziły niegdyś takie potęgi jak Iron Maiden, Saxon, Diamond Head czy Angel Witch. Scena ta jest jak ulice Aten – hałaśliwa, żywa, pulsująca mocnym rytmem, niekiedy szalona i nieprzewidywalna. Powstają wciąż nowe zespoły, wychodzą nowe płyty, kolejne grupy wydają porażające debiuty. O Grekach niosących nową jakość mówi się już w zasadzie na każdym portalu zajmującym się melodyjnymi odmianami rocka i metalu. To warto podkreślić: nie mówimy o black metalu, death metalu czy thrash metalu, gatunkach które egzystują wbrew trendom i na marginesie, pozostając sztuką ukierunkowaną do specyficznego grona odbiorców. Mamy tu do czynienia z muzyką, która choć posiada mocne uderzenie i jest na swój sposób bezkompromisowa, jest w stanie trafić w gusta tych, którzy kręcą nosem na nowe albumy Deep Purple, Metalliki czy Def Leppard, nie odnajdując w nich świeżości i polotu. Płyty z Hellady są pełne energii, świetnych riffów, chwytliwych melodii i aż kipią od pomysłów. Powstają z pasji i zaraźliwego wręcz entuzjazmu. Są trochę jak greckie wakacje – nie możesz się ich doczekać, bo wiesz, że dzięki nim naładujesz baterie. Nie wiem, czy moje słowa okażą się prorocze, czy jednak ponure wieszczenie Alexa z VIC okaże się prawdą. Na tę chwilę, jedno jest pewne: grecka rewolucja trwa a jej dzieci wcale nie mają zamiaru składać broni.
Tekst i zdjęcia: Marcin Puszka
