Mieszkaniec Lwowa: „Na początku schodziłem do schronu, teraz już tego nie robię. Czekam na swój los” [ZDJĘCIA]

image00002 2023 02 20 182901

Mija praktycznie rok od początku pełnowymiarowej wojny w Ukrainie. Na wschodzie i południu kraju trwają walki, jednak na zachodzie ludzie próbują żyć normalnie. Restauracje, kawiarnie, sklepy – wszystko działa. Reporterka Radia Lublin porozmawiała z ludźmi we Lwowie o tym, jak się zmieniło ich życie po 24 lutym.

– Kiedy zaczyna się alarm, zamówień praktycznie nie ma – mówi Mykoła, który pracuje jako kurier. – Ponieważ restauracje się zamykają. Nie wszystkie, bo niektóre działają, ale sieciówki muszą się zamknąć, więc muszę czasem nawet przez kilka godzin czekać, by alarm się skończył. Mój dochód zależy od ilości zamówień. Nie ma zamówień – nie zarabiam.

CZYTAJ: Joe Biden z wizytą w Kijowie. Spotkał się z Wołodymyrem Zełenskim

– Przez większość czasu uczę się zdalnie – mówi Kateryna, która uczy się w szkole w Zaporożu. – Po rozpoczęciu wojny zajęcia stały się krótsze. 20 minut trwają zajęcia, a potem 20 minut robimy samodzielnie jakieś zadanie. Ciężko jest się uczyć, bo konsultacje z nauczycielem przy nauczaniu zdalnym są praktycznie niedostępne.

– Bardzo smutno, że nie można gdzieś wyjechać. Sytuacja z prądem cały czas jest napięta – mówi Natalia. – Ale nawet do tego już udało się przyzwyczaić. Pracuję w Zaporożu w karetce. Ludzie często dzwonią. Jak nie ma prądu, musimy iść pieszo na wyższe piętra i sami znosić pacjentów. Czasem policja przyjeżdża i nam pomaga.

– Studiujemy kierunek artystyczny. Kiedy podczas zajęć zaczyna się alarm, można powiedzieć, że tracimy praktycznie wszystko – mówi Lilia z Lwowskiej Wyższej Szkoły Kultury i Sztuki. – U nas dużo zależy od zajęć praktycznych, a przez ciągłe alarmy wychodzi, że bardziej mamy zajęcia teoretyczne. W schronie nie ma tyle miejsca, by tworzyć jakieś spektakle. Potrzebujemy sceny, kurtyny. To nie to samo.

CZYTAJ: Dr Grzegorz Gil: W swoim wystąpieniu Joe Biden może nawiązać do symbolu „walczącej Warszawy”

– Na początku schodziłem do schronu, teraz już tego nie robię – mówi Roman. – Staram się podczas alarmów być w pomieszczeniu. Czekam na swój los. Na początku wojny widziałem kilkakrotnie jak rakiety przelatywały nad moim domem. Dwa albo trzy razy. Leciały bardzo nisko, dźwięk niepodobny do niczego. Także sam nie chodzę do schronu, ale innym zawsze mówię, żeby nie ignorowali niebezpieczeństwa.

– Nie chodzę do schronu, bo wierzę w nasze siły przeciwlotnicze. Na początku wojny, 24 lutego czułem wielki strach. Kiedy wszystko się zaczęło, nie było wiadomo co będzie jutro. Trudno mi powiedzieć, że się przyzwyczaiłem, ale teraz jest o wiele lżej – dodaje Mykoła.

CZYTAJ: Mieszkańcy Lwowa o wizycie prezydenta USA w Ukrainie: To dobry znak

– Zmieniła się świadomość. Ludzie zaczęli inaczej podchodzić np. do języka ukraińskiego. Widziałam kilkakrotnie, że w restauracjach i kawiarniach nie obsługują ludzi, którzy rozmawiają w języku rosyjskim. Popieram takie zachowanie. Nawet u nas na studiach zaszły zmiany. My już nie inscenizujemy żadnych rosyjskich powieści. To już minęło. Wcześniej też używaliśmy w swoich spektaklach muzyki rosyjskiej, teraz już tego nie ma – dopowiada Lilia.

– Zmieniły się poglądy na życie, zmienił się sposób, w jaki postrzegam teraz życie – mówi Nastia. – Bardziej zaczęliśmy doceniać innych ludzi obok, nasz język, naszą kulturę, tradycję. Z większym szacunkiem podchodzimy do naszego dziedzictwa kulturowego, do ukraińskich pisarzy, do działaczy, do ludzi, którzy walczyli o naszą niepodległość.

CZYTAJ: Siły powietrzne Ukrainy: Rosja chce osiągnąć jakiś sukces przed 24 lutego

– Negocjacje tylko z naszymi zachodnimi partnerami, z Putinem już teraz żadnych negocjacji. One mogły się odbyć tylko w pierwszych godzinach wojny. Wiem, że nasz prezydent wtedy próbował zatelefonować do Putina, ale on nie odbierał. Ukraińskie kierownictwo próbowało naprawić tę sytuacje w inny sposób. Tylko wtedy była chęć negocjacji – dodaje Roman.

– Nie zgadzam się na negocjacje. Negocjację pozwolą Rosjanom wzmocnić swoje siły. Tak jak było cały czas od 2014 roku, kiedy prezydentem był Petro Poroszenko – cały czasy były negocjacje i do czego to nas doprowadziło? Do pełnowymiarowej wojny. Nie, nie zgadzam się na żadne negocjacje – dopowiada Mykoła.

CZYTAJ: Ukraina: rosyjska armia ostrzelała blok mieszkalny. Trzy osoby zginęły, 11 zostało rannych [ZDJĘCIA]

Od początku wojny Lwów był niejednokrotnie ostrzeliwany przez Rosję, jednak nie doszło tu do dużych tragedii, takich jak w Dnieprze czy Krematorsku.

InYa / opr. AKos

Fot. Inna Yasnitska

Exit mobile version